piątek, 31 sierpnia 2012

XVII.


Następny tydzień był nie tyle wyczerpujący, dla mnie, co dla chłopców. Przez bite siedem dni siedzieli w mieszkaniu Harrego i Louisa i obmyślali najróżniejsze sposoby, jak efektownie i zarazem oryginalnie przedstawić mnie światu. Nie chcieli bowiem popełnić błędu, takiego jaki uczynili przy Eleanor, która ni stąd, ni zowąd pojawiła się u boku Louisa. Directioners przez to nie przyjęły jej najlepiej i po dziś dzień są jakieś niespodziewane złośliwości i nienawiść w stosunku do, Bogu ducha winnej, El. Danielle miała o tyle więcej szczęścia, że była z Liamem od samego początku, więc nikt nie zakładał, że spotyka się z nim tylko dla sławy czy pieniędzy. Wiadomo, zawsze dziewczyny, narzeczone czy żony sław wywołują dużo kontrowersji, ale można postarać się je zminimalizować. I właśnie taką strategie chcieli obrali chłopcy.
Ja natomiast przez ten czas siedziałam w domu i próbowałam ponadrabiać zaległości związane z historią Wielkiej Brytani i różnymi innymi zagadnieniami z którymi wcześniej nie miałam do czynienia podczas nauki w polskim liceum. Ponieważ postanowiłam, że zdam maturę w Anglii musiałam się wziąć w garść i postarać, tym bardziej, że egzaminy między semetralne zbliżają się nieubłaganie i pozostały jedynie dwa tygodnie do, swojsko nazywanej przeze mnie, ‘dead line’. Zakuwałam ostro, jeżeli tak można nazwać siedzenie po osiem godzin nad książkami, z małymi tylko przerwami, żeby nie stracić resztek koncentracji. Niestety ósmego dnia - w piątek, kiedy już większość podręcznika miałam przerobioną i gdy zostały mi tylko codzienne powtórki, mam tak dość, że postanawiam niezwłocznie ogarnąć swój wygląd, zwinąć manatki i jechać do ‘rezydencji Larrego’. 
Kręcę włosy w delikatne fale, robię zwykły makijaż, jedynie lekko podkreślam oczy czarną kredką i zakrywam masą pudru zmęczoną cerę. Zakładam zwiewną czarną bluzkę, na to ubieram koszule jeansową, do tego leginnsy i Conversy. Idealnie.
Wysyłam do członków One Direction esemesa z informacją, że do nich jadę i z zapytaniem czy czegoś nie potrzebują.
Z tego co wiem, siedzenie w jednym miejscu i myślenie (co w ich przypadku może być rzeczywiście trudne), też może wykończyć człowieka, tym bardziej, że zabierali się przy okazjii za pisanie nowej piosenki i zarysem kolejnej płyty.
Po kilki chwilach dostaję zrozpaczone wiadomości, od kolejnych członków zespołu. Brzmią one następująco:
Niall: ‘Błagam o jedzenie. Największy zestaw z McDonald’s może? xx Nialler ‘
Louis: ‘Weeeeeeź ich stąd po prostu!!!’
Liam: ‘Czekamy :) x’
Harry i Zayn: ‘Butelkę piwa?’
Kręcę głową, gdy z niedowierzaniem czytam ich wiadomości. Chyba jest naprawdę źle. Dlatego czym prędzej zabieram torebkę i pędzę taryfą do najbliższego fast fooda, a potem, poganiając kierowcę, jedziemy do chłopaków. 
Wpadam do ich mieszkania jak burza z rozwianymi włosami i trzema papierowymi torbami żarcia oraz lemoniadą z rumem pod pachą. Nie zamierzam znosić smaku piwa, więc kupiłam Breezery, żebyśmy mogli się napić, a nie upić. Wtedy dopiero przypominam sobie, że od paru dni prawie nic nie jadłam, co pewnie widać na moich zapadniętych policzkach, pochylam więc głowę, bo nie mam ochoty na awanturę. Jednak nikt nie zwraca na to uwagi tylko przekrzykując między sobą powitania proszą o ratunek. Uciszam ten cały harmider - wrzeszcząc.
- No, macie jedzenie i cicho. Boże … ile wy tutaj siedzicie? Te ubrania, fryzury … - Dosłownie nie wiem co powiedzieć. Zamurowało mnie kompletnie. Są zaniedbani i lekko brudni, w takim stanie ich nie widziałam, ale jak widać jest jeszcze dużo przede mną. Jedynie Zayn ma starannie zaczesane włosy, a Harry czysty podkoszulek. 
- Po kolei każdy mówi co ustaliliście. - kontynuuję, gdyż muszę uporządkować wszystko po kolei. Jednak zamiast wydusić z siebie jakieś dźwięki patrzą na mnie z konsternacją. Sytuacja w sumie zaczyna być komiczna. - No nie mówcie…
- Okej, mamy dużo pomysłów, ale chyba każdy następny jest coraz gorszy. - mówi Liam.
- Serio nie wiemy jak chcecie to zoorganizować - kończy Zayn. Wgapia się we mnie tymi swoimi dużymi ciemnymi oczami, tak, że muszę przenieść wzrok w drugi kąt pokoju. Odkąd spoliczkowałam Zayna sytuacja miedzy nami z pozoru wygląda dobrze, jednak dalej chowamy do siebie urazę. Wynika to z mojej urażonej dumy i groźby, którą nieopatrznie wypowiedziałam i która wisi jak topór pomiędzy nami. Lustruję go jeszcze raz, przelotnie wzrokiem i wracam do nurtującego tematu.
- Hm… a może nich sprawy potoczą się własnym torem? Nie ukrywajmy się, ale też nie przesadzajmy? Harry oznajmi to jakoś fanom i tyle - proponuję. Od paru dni, za każdym razem, kiedy zastanawiałam się na rozsądnym rozwiązaniem przychodziło tylko to, wiec jak mogłabym nie zaproponować oczywistego?
Harry wstaje i całuje mnie w policzek. 
- Widzicie w pięć minut mamy rozwiązanie, teraz możemy iść spokojnie na Coldplay’a. - oświadcza loczek i przytula mnie.
- Hej! Przecież ja i Louis też tak uważaliśmy! - ciągnie Niall, ale ja już go nie słucham, bo kompletnie mnie, znowu, zatkało. Czy Harry powiedział właśnie, że idziemy na koncert Coldplay? Na ten koncert, który odbywa się dzisiaj w Emirates Stadium?
- Ty serio mówisz? - wypalam, bo nie mogę dłużej bić się z myślami.
- No tak, wiesz, to pisanie na twitterze to nie jest zły pomysł … - ciągnie Liam. Jezus Maria, ja z nimi zaraz szału dostanę lub cholery albo czegoś w tym stylu. Przecież ja nie o tym mówię, kieruję wzrok w stronę Stylesa. Na szczęście chłopak doskonale wie o co mi chodzi.
- Idziemy na koncert Coldplay’a! Tak, nie żartuję! - patrzę na niego wielkimi oczami, najwyraźniej jestem tak zdziwiona, że musi potrząsnąć za moje ramiona, żebym się opamiętała. Ale nie wierzę. Za dużo tego spełniania marzeń jak na miesiąc. Kto by pomyślał cztery tygodnie temu, że poznam One Direction, stanę się dziewczyną seksownego Harrego Stylesa i jeszcze udam się na koncert ulubionej kapeli? Kręcę głową ze zdumiania, ale rzucam się chłopakowi na szyję.
Parę godzin później dalej trwałam w swoim ‘amerykańskim śnie’. Wesoło podrygujemy do rytmów z albumu ‘Mylo Xyloto’. Potem Harold ciągnie mnie za kulisy. Ściskam jego dłoń tak mocno, że palce mu sinieją, ale nie ulega wątpliwości, że on też jest dość podekscytowany. Jak się okazało, Coldplay jest też jego ulubionym zespołem i na dodatek też pierwszy raz widzi ich na żywo. Wchodzimy do zatłoczonego korytarza. Gdy wreszcie zauważam Chris’a, Guy’a, John’a, Will’a, którzy stoją niecałe trzy metry ode mnie, kręci mi się w głowie. Nigdy nie sądziłam, że stanie się coś takiego, że ich spotkam. Uśmiecham się uroczo, podpisują mi się na swoich zdjęciach, rozmawiamy - krótko, bo krótko, ale zawsze. Wszystko jest takie nierealne. Ja, Eva Vermont, dziewczyna, krótko mówiąc - nieudana, z chodzącym za nią maniakalnym pechem i ściągająca na ludzi same nieszczęścia - w garderobie członków Coldplay. Guy kładzie mi rękę na biodrze, Will staje z drugiej strony, a po bokach dołączają się do wspólnego zdjęcia pozostali mężczyźni. Uśmiecham się uroczo, żeby wyjść jako tako, choć i tak wiem, że zdjęcie będzie wyglądało jak zawsze. Czyli piękni ludzie wokół mnie i słodkie dziecko w środku. Harry też robi sobie podobne zdjęcia, a potem prosi, żebym jeszcze raz do nich dołączyła. Przechylam głowę do jego torsu i uśmiechając się - tym razem nie, aż tak sztucznie, modlę się, żeby Harry nie zrobił takiej samej miny, jak na każdym zdjęciu robionym z fankami, którzy dopadają go z zaskoczenia. Nienawidzę totalnie, tego, jego wymuszonego uśmiechu, który widzimy na licznych zdjęciach, kiedy podczas zakupów, na przykład w Tesco, dopadają go rozwrzeszczane nastolatki i bliskie płaczu błagają o wspólne zdjęcie. Mój Harry, jakkolwiek to brzmi, gdy jest szczęśliwy (a przynajmniej zdaje się być) uśmiecha się zupełnie inaczej. Mruży lekko oczy, jego dołeczki w policzkach podnoszą się i promieniuje zadowoleniem. Podnoszę oczy, żeby kosztem, nawet nieudanego zdjęcia, zobaczyć jego minę. Ich jest w dobrym nastroju.
* * *
Przechodząc do samochodu dopadają nas dwie, na oko czternastoletnie, dziewczyny, które chcą autografy. Patrzą na mnie z wyraźną niechęcią, ja jednak stoję z boku i nie biorę udziału w dyskusji, dopóki, dopóty krępa dziewczyna o ciemnych włosach nie wykrzykuje:
- Boże ty jesteś Eva Vermont! Jak byłam mała uwielbiałam Cię! Możemy zrobić sobie zdjęcia? -
Wow, no to mi nieźle pocisnęła. Nie sądziłam, że ktoś jeszcze, na tym Bożym świecie, mnie pamięta. A jednak, koleżanki tej dziewczyny, zamiast w dalszym ciągu zajmować się Stylesem, odwracają się i mnie przytulają, pytając jak się miewam i co u mnie słychać. Naprawdę czuję się szczęśliwa, aż kłuje mnie w sercu, gdy przypominam sobie, że te wszystkie dziewczyny były moje. Znaczy uwielbiały mnie, a ja ich całkowicie zostawiłam. Zniknęłam z ich nastoletnich, wiernych serc, zostawiając je bezgłośnym i smutnym pytaniem ‘Co się z nią stało?’. Co prawda po paru miesiącach sprawa ucichła, lecz nikt nie doczekał się odpowiedzi na nurtujące pytania, gdzie się podziałam. Tak, byłam i jestem nadal wdzięczna tacie, za uratowanie mnie przed karierą kolejnej gwiazdki Disney’a, za uświadomienie mi kim jestem i czym powinnam się zajmować. Uratował mnie przed masą wody sodowej, zamiast trzeźwo myślącego mózgu i uratował mnie przed stoczeniem się w narkotykową przepaść. W której tak czy owak kończyły takie jak ja. Przykro mi było wtedy tylko z jednego powodu, był nim bowiem fakt, że zostawiam moje, o dwa lata starsze, najlepsze przyjaciółki Demi i Selenę i słodkiego Nicka Jonasa, razem z braćmi, za którymi szalałam, a którzy nigdy nie mogli być moi.
Wracamy z Harrym w jego samochodzie, a ja dalej jestem daleko w swoich rozmyślaniach. Z tego stanu wyrywa mnie dopiero gwałtowne szarpnięcie. Stoimy przed budynkiem, w którym znajduje się moje mieszkanie. Patrzę na lekko zdołowany wyraz twarzy Harrego.
- Przepraszam Cię bardzo, że się nic nie odzywałam. Zamyśliłam się… wiesz te dziewczyny, to mnie zaskoczyło. No daj spokój… - jego mina mówi sama za siebie, że nie jest zadowolony.
- Inaczej sobie wyobrażałem ten wieczór, ale odkąd wyszliśmy nie odzywasz się ani słowem… Wiem, że się zdenerowałaś, ale… - reflektuje się - Chcesz o tym pogadać?
Uśmiecham się, chłopak najwyraźniej nie należy do tych co chowają długo urazę, przynajmniej jeżeli chodzi o błachostki. 
- Wejdziesz na górę? - uśmiecham się słodko.
Siedzimy w fotelu, a Harry dodaje zdjęcie na twittera z dzisiejszego koncertu. Próbuje mu wyrwać iPhona, ale on mi go nie podaje. Chce mnie w ten sposób zmusić, żebym zalogowała się na swojego twittera. Ja jednak nie wiem czy to najlepszy pomysł, używałam swoje ‘verified accounts’ tylko czasami i to tylko do pisania niezrozumiałych postów. Harry każe mi pomyśleć i sam idzie do łazienki wziąść prysznic. Zostaję sama w salonie. Widocznie usypiam na chwilę, gdyż budzi mnie dźwięk esemesa. Podrywam się jak oparzona i sprawdzam telefon. Wiadomość, a raczej ememes z nieznanego numeru, a na nim widoczne zdjęcie mojego naszyjnika z medalikiem na którym wyryta jest moja grupą krwi. Odruchowo łapię się za szyje, ale łańcuszka na niej nie ma. Wpatruję się przerażona w ekran, a w głowie dźwięczy mi dopisek ‘Chyba coś zgubiłaś, słoneczko’.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz