piątek, 31 sierpnia 2012

I.


Przemierzam szybko halę przylotów Heathrow. Muszę przyznać, że przez te trzy godziny odkąd opuściłam Polską ziemię,  parę, rzeczy uległo zmianie. Humor zmienił mi się o sto osiemdziesiąt stopni, jeżeli można to tak określić. Przeczytałam wszystkie magazyny plotkarskie, flirtowałam z przystojnym blondynem siedzącym dwa rzędy dalej i dodatkowo w strefie bezcłowej zakupiłam moje ulubione perfumy Diora. Jedyną rzeczą, która mnie zdenerwowała to tłum nastolatek tłoczący się i torujący mi drogę do wyjścia. Rozhisteryzowane i rozemocjonowane  dziewczynki przekrzykują siebie nawzajem i skutecznie zagłuszają moje myśli. Z każdej strony słyszę tylko ‘One Direction, Oneee Direeection’. Rozwścieczona próbuję się przepchać pomiędzy rówieśniczkami, co prawda, muszę przyznać, że z chęcią bym zobaczyła ‘na żywo’  ten ich sławetny zespół, lecz nie mam ochoty na bliższe spotkanie drugiego stopnia z Zaynem Malikiem, który jest członkiem tego boysbandu. Pozostałych chłopaków nie znam z imienia, kojarzę tylko z wyglądu , ale przyznam się bez bicia, że znam ich piosenki i naprawdę bardzo miło się mi ich słucha. Pomijam oczywiście głos Zayna, który przywołuje nie miłe wspomnienia. 
Krzyki stają się coraz głośniejsze i tłum posuwa się do przodu, więc wykorzystuję ten moment i zręcznie, pomiędzy rozszalałymi Directioners, przeskakuję do rozsuwanych drzwi. Obładowana walizkami wpadam na Margaret Jones, której zadaniem jest powitanie mnie i wytłumaczenie reguł panujących w internacie. Kobietę tą już spotkałam, parę lat temu, kiedy to rodzice rozważali wysłanie mnie do Woldingham School i byłam tam na rozmowie kwalifikacyjnej. Niestety ani ja, ani ona nie wydajemy się zachwycone ponownym spotkaniem. Ta drobna, ale stanowcza blondynka dodatkowo rozwściecza mnie informacją, że będę pod stałym nadzorem w internacie i żadne moje wybryki nie będą tolerowane, tym bardziej, że jestem tylko i wyłącznie pod ich opieką, gdyż w Wielkiej Brytanii nie mam innego prawnego opiekuna.  W jeden dzień w tygodniu, będę mogła jeździć do centrum Londynu, w nagrodę za dobre sprawowanie i oceny.
No, muszę przyznać, że ta szkoła dla dziewcząt jest jedną z najbardziej rygorystycznych. Przez resztę drogi jednak się już nie odzywam, bo głowę zaprzątają mi na przemian nastolatki z lotniska, a nieznana przyszłość.

* * *
Dni mijają spokojnie, postanowiłam, dać sobie czas na zaaklimatyzowanie się w nowym środowisku, na odświeżenie starych znajomości. Niestety to ostatnie nie idzie mi tak dobrze, po pierwsze dlatego, że ja się nieco zmieniłam, a po drugie, że ludzie się zmieniają i moje przyjaciółki z czasów dzieciństwa, albo mnie nienawidzą albo błagają, abym umożliwiła im spotkanie z różnych gwiazdami – na czele  z Justinem Bieberem i One Direction. Dlatego moja lista znajomych szybko zostaje pusta. W internacie też nie poznaję bliskich mi dusz. Większość uczennic to rozpieszczone imprezowiczki i puste lalki Barbie, którym jedynym tematem rozmów są lakiery do paznokci i odżywki do włosów. Pozostałą część stanowią zwyczajne kujonki, wysłane do tej szkoły tylko po to, aby, jak uważają ich rodzice, uchronić te pokorne i delikatne duszyczki przed złem - takim jak są narkotyki i alkohol. Słysząc takie zdania nie mówię nic, ale w duchu mam niezły ubaw z rozumowania opiekunów oraz z tych dwóch nienawidzących się grup dziewcząt. Najgorsze jest jednak to, że między nimi jestem ja. I nawet jakbym się bardzo, ale to bardzo starała nie uda mi się dopasować, tak więc wieczorami siedzę sama w swoim pokoju, uczę się tak pilnie, powtarzam milion razy wiedzę i odrabiam zadania najdokładniej jak umiem, niestety i tak zostaje mi mnóstwo wolnego czasu z którym nie wiem co mam robić. Na szczęście, jako jedna z najlepszych uczennic w mojej klasie dostaje dwudniową przepustkę i mogę spędzić cały weekend gdzie tylko chcę.
Dlatego w sobotę z samego rana chowam głęboko w kąt mój bordowo-granatowy mundurek i z wielkiej walizki wygrzebuję moje najlepsze ubrania.  Ubieram swoją ulubioną sukienko-tunikę z Topshop’u, ciemne jeansy, płaskie buty, na koniec parę bransoletek i naszyjnik i na wszystko narzucam parkę. Włosy rozpuszczam luźno i wyruszam do wielkiego świata.
Przechadzam się uliczkami Londynu, wchodząc po drodze do parunastu sklepów z ubraniami. Jednak jeżeli mam być szczera trochę walczę ze sobą. Gdyż w niektórych miejscach przypominam sobie różne wydarzenia z przeszłości, niektóre niestety nie są zbyt pozytywne. Nie łatwo jest tym bardziej, że parę dziewczyn w moim wieku rozpoznaje mnie… i, o zgrozo, wypytuje co u mnie słychać i co robiłam przez te parę lat. W Krakowie, nikt nie zwracał na mnie większej uwagi, ludzie najwyraźniej przyzwyczaili się do mojej, bądź co bądź, niegdyś sławnej osoby, a tutaj jest natomiast zupełnie inaczej. Dziewczyny uśmiechają się do mnie ze wszystkich stron i mówią, że żałują, że zrezygnowałam z show biznesu. Oczywiście nie atakuje mnie masa rozwrzeszczanych fanek, jak kiedyś, tylko zaledwie garstka osób, jednak te spotkania zmuszają mnie, przez moment, do myślenia na temat starego życia - na szczęście nie na długo.
 Jak na styczeń przypada, pogoda w Londynie nie jest zachęcająca do wielogodzinnych spacerów, mam już lekko skostniałe ręce dlatego postanawiam wejść do najbliższej kawiarni czy restauracji. Los sprawia, że przechodzę obok ‘Skylon’ mojej ulubionej restauracji z czasów dzieciństwa. Mimo, że mój obiad będzie kosztował z trzydzieści funtów postanawiam wejść. Zadowolona z panującej tam wspaniałej atmosfery, siadam przy stoliku pod oknem i czekam na zamówienie. Tweetuje zdjęcia, które udało mi się zrobić podczas mojej przechadzki i obserwuje ludzi przez okno. Kiedy kelner przynosi mi moją sałatkę i grillowanego kurczaka, podnoszę wreszcie głowę i rozglądam się dookoła. To co, a raczej kogo widzę przy sąsiednim stoliku całkowicie paraliżuje moje ciało.
Czuję jak grunt usuwa mi się spod nóg, kiedy kobieta ściska mnie i uśmiecha się do mnie przyjaźnie, a następnie dosiada się do stolika. Boże, całe moje starania, zmienianie numeru telefonu i ostrożność poszły na marne. Drobne kropelki potu pojawiają mi się na czole, a na twarzy mam wypieki, do tego ręce całe mi się trzęsą. Wcale nie jestem zadowolona z takiego obrotu spraw, próbuje wyciągnąć tabletki z torebki,  całkowicie ignorując jej słowa, w efekcie jednak szamocą się z zamkiem, który jak na złość nie chce się rozsunąć. Przerażonym wzrokiem patrzę na tą kobietę – ‘nie wzięłam tych pastylek pomóż mi’. Patricia Malik uważnie mi się przygląda, doskonale wie co się dzieje, zna mnie, a raczej pamięta, aż za dobrze.
- Kochana, przepraszam. Nie chciałam Cię zdenerwować – mówi spokojnym, cichym głosem – jak się masz? Nie wiedziałam, że wróciłaś do Londynu. Bardzo się cieszę, że znów tu jesteś. – moje serce powoli zwalnia, uśmiecham się do niej lekko. W przeciwieństwie do moich rodziców i znajomych z Polski, doskonale wie, jak się ze mną obchodzić. Odwraca moją uwagę, przy czym próbuje łagodzić mój stan odpowiednim tembrem głosu. Wie co przeszłam, wie, że przed chwilą byłam bliska kolejnego ataku, uśmiecha się do mnie i łapie delikatnie moją dłoń.
Wzdrygam się, bo dawno nikt nie wykonał w stosunku do mnie takiego, prostego gestu. Niestety czując  jej dotyk, wszystko, ale to wszystko do mnie wraca - okropne dzieciństwo, Zayn, te wszystkie straszne dni, a na koniec pobyt w klinice. Próbuje nie patrzeć jej w oczy, ale znowu wstrząsa mną dreszcz, bo przez głowę przemyka mi  Los Angeles i ja - jako tamtejszej gwiazdki.  Zamykam oczy znowu i już nie myślę o niczym. Zaczyna kręcić mi się w głowie . Jest już za późno – tracę panowanie.
Otwieram oczy, znajduję się na oddziale w szpitalu, leże na kozetce. Za oknem jest ciemno, więc najprawdopodobniej minęło trochę czasu od zajścia w Skylon do teraz. Powoli przypominam sobie całe zajście, Patricie i moje wspomnienia. Wzbiera we mnie złość, że po prostu pozwoliłam temu uczuciu trwać. Że nie spróbowałam opanować lęku i poddałam się niemu bez oporu. Teraz jestem już spokojna, jedyne co czuję to wstyd i złość. Jak pani Malik się poczuła? Ona, Bogu ducha winna kobieta, która zawsze okazywała mi tyle ciepła i współczucia i na którą zawsze spadały najgorsze upokorzenia. Wzdycham ciężko i wtedy podchodzi do mnie młody lekarz i świeci mi małą latareczką w źrenice. Osłuchuje mnie i pyta czy wiem co się stało.
- Miałam atak. – mówię przesadnie dobitnie, a raczej tak jakbym miała znowu pięć lat. - Tak – mężczyzna potwierdza spokojnym głosem – miałaś atak.
- To był mocny stan lękowy, może lekko irracjonalny. Do tego nie zażyłam popołudniu tabletek, więc pewnie dlatego to się wydarzyło. Poza tym jest już dobrze, wspomnienia na moment wróciły, ale opanowałam emocje. – kontynuuje moją przemowę. Jestem dumna z siebie, że pierwszy raz udało mi się ocenić i rozpoznać w pełni fachowo, przyczynę zaburzenia.
- Panno Vermont, jak widzę świetnie się Pani zdiagnozowała. – oznajmia doktor, a ja w myślach biję brawo dla swojego profesjonalizmu. Uśmiecham się trochę głupkowato – ach, niestety podali mi te okropne leki rozweselające, żeby powstrzymać kolejne serie strachu.
-Nie widzę teraz żadnych problemów, wydaję mi się, że może Pani udać się do domu … Rozumiem, że jest pani w miarę przyzwyczajona do tego typu ataków? - patrzy na mnie uważnie, a ja kiwam głową. To oczywiste, że jestem przyzwyczajona, jednak mam na tyle silne leki, że w ostatnich miesiącach nie zdarzały się takie sytuacje. Ten atak jest pierwszym, od bardzo dawna.
– Pani Malik podała się za Pani prawnego opiekuna, czy ona na pewno nim jest? - unoszę brwi zdumiona i zszokowana, ale nerwowo przytakuję. Lekarz, co prawda, nie wygląda na przekonanego, ale bez słowa, przepisuje mi dodatkowe pastylki i daje wypis, dodatkowo prosi, abym nie pozostawała bez opieki przez następną dobę. Uśmiecham się, szybko zakładając byle jak sweter i wychodzę na korytarz. Pierwsze co widzę to Tricia, która spokojnie siedzi przed gabinetem - jej obecność jest dla mnie kolejnym zaskoczeniem, gdyż byłam przekonana, że po przywiezieniu mnie tutaj, pojechała do domu, bo przecież spełniła swój nieformalny obowiązek wobec mnie. Opiekuńczo mnie obejmuje i prosi, aby opowiedziała jej co u mnie się działo przez te wszystkie lata. Dzięki Bogu, nie wygląda na złą z powodu mojej, można by powiedzieć ,alergicznej reakcji na jej widok w restauracji.
 Tak więc następne pół godziny spędzamy w  poczekalni; opowiadam o ostatnich miesiącach mojego życia, co prawda, pomijając niektóre, pikantniejsze i bolesne szczegóły. Potok moich słów zalewa ją całkowicie i łapię się na tym, że mam ochotę powiedzieć jej zupełnie wszystko, rozpłakać się jak dziecko i wreszcie wyrzucić z siebie zmartwienia. Nie wiem czemu, tak łatwo mi się z nią rozmawia, ale wiem też, że muszę się opamiętać i zamknąć jadaczkę zanim palnę za dużo. Udaje się. Pani Malik mówi co nie co, o swoim losie. A ja zastanawiam się, co takiego we mnie wstąpiło, że zwierzam się  obcej kobiecie. To znaczy nie zupełnie obcej, ale nie wiem, jak inaczej określić tą naszą … znajomość.
Nagle ni stąd ni zowąd oznajmia że ma pewien pomysł i prosi, żebym z nią pojechała. W drodze przypominam sobie o rodzicach, do których powinnam zadzwonić, jednak Patricia mnie ubiega:
- Rozmawiałam z nimi oczywiście chcieli przyjechać, ale oni mają własne problemy, a my jakby jesteśmy rodziną – wzdrygam się na samą myśl o tym – więc zaopiekuję się Tobą, spokojnie.  – Jestem jej cholernie wdzięczna, że ktoś wziął moje los w swoje ręce, choć na jeden dzień -  teraz mam szansę się wyciszyć, ale czekam na dalszy rozwój sytuacja, bo Patricia nigdy nie zachowywała się jak niańka. – Jak chcesz mogę się tobą zająć, choć ty jesteś niepokorna i nie sądzę, żeby Ci się to spodobało, ale martwię się o Ciebie. Naprawdę. Mogę Cię odwieźć dzisiaj do internatu, ale najpierw chciałabym Cię z kimś poznać … - Uśmiecha się do mnie tajemniczo.
Uśmiecham się niepewnie, bo kompletnie nie wiem o co jej chodzi, ale jestem szczęśliwa. Nie wiem czemu tak się czuję, ale wydaję mi się, że to przez tą aurę którą wytwarza pani Malik i ewentualnie, przez ten duszący, ale śliczny aromat wanilii unoszący się w jej samochodzie.  Sama siebie nie rozumiem, bo powinnam nienawidzić tą kobietę, a raczej jej byłego męża, no i oczywiście Zayna – którego i tak, nienawidzę najbardziej na świecie. Muszę przyznać i tym samym wystawić się na obelgi ze strony jego fanek, że wcale nie uznaję go za pięknego chłopca, obdarzonego niesamowitym głosem. Uważam go za zwykłego dupka, którym był będąc małym chłopcem, więc boję się pomyśleć jakim skończonym idiotą jest teraz.
- Jedziemy do chłopców, El – Z zamyślenia wyrywa mnie głos Trici. Patrzę na nią zszokowana, bo dawno nikt nie zwracał się do mnie ‘El’, które jest zdrobnieniem, od mojego drugiego imienia Ella. Bo ja naprawdę nazywam się Eva Ella, choć co prawda, teraz wszyscy mówią do mnie Eva i raczej nikt nie wie, że mam drugie imię, a nawet jak wie, to go nie stosuje. A ja od zawsze chciałam mieć na imię Ella. Zaraz … Ella Ellą, ale co ona powiedziała wcześniej? ‘Jedziemy do CHŁOPCÓW’?! O czym ona mówi, Boże, mam nadzieje, ze nie myśli o tym o czym ja.
- Zaraz do kogo jedziemy??? – Staram się nie podnieść głosu z wściekłości. Pani Malik, spokojnym głosem oznajmia, że jedziemy  do chłopaków z zespołu One Direction i od razu uprzedza, że Zayna przez najbliższe trzy dni nie będzie więc mam się nie przejmować – najwyraźniej wszyscy wiedzą o mojej ukrytej urazie do tego mulata. Kiwam głową powoli, nie wiem co myśleć, ale właściwie nie mam czasu na myślenie, a tym bardziej na protest, bo samochód staje, pod jakąś willą. Mam ochotę uciec jak najdalej i nawet piechotą dojść do internatu, ale właściwie z chęcią bym moją towarzyszkę udusiła i porąbała siekierą. Jak mogła mnie w coś takiego wpakować? Wreszcie, całą siłą woli, mamroczę, że ja muszę iść i popycham drzwiczki jednak, jest już za późno. W głowie wypowiadam najgorszy potok przekleństw jakie znam, a za plecami słyszę słodkie szczebiotanie Patricii i męski głos.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz