Siedzę w pokoju na górze od dobrych paru godzin. Muszę ogarnąć myśli, które kłębią się w mojej głowie. Niewątpliwie reszta zespołu wyczuła napięcie panujące pomiędzy mną i Zaynem, zastanawiam się więc, co oni myślą o naszej relacji. Mam nadzieje, że nie wiążą tego z żadnymi wątkami miłosnymi, bo to byłoby nie do zniesienia. Postanawiam zejść na dół i przeprosić za swoje zachowanie chłopców. Schodząc po schodach słysze z niedomkniętych drzwi głosy.
- Nie wiem co w sobie ma, ale jest naprawdę … inna. I nie moge jej rozgryźć za razem.
- Co ona robiła w łazience rano?
- Nie wiem, ale daj temu spokój, nie będziemy podsłuchiwać. Mnie bardziej interesuje to coś z Zaynem.
Idę dalej, bo nie mam zamiaru wysłuchiwać, ani podsłuchiwać tym bardziej, jednak zastanawiam mnie, kto wypowiedział te słowa.
Na dole zastaję Liama i Zayna, dyskutują o czymś po cichu, ale na mój widok kończą i podnoszą się z krzeseł. Zayn chce ze mną rozmawiać, dlatego wychodzimy na balkon. Siada na przeciwko mnie i pyta co się u mnie działo przez ostatni czas. Opowiadam mu jak to, mieszkałam w Krakowie i jak ostatnio wykryto u mnie nerwice połączone ze stanami lękowymi. Widzę, że się martwi, dlatego uspokajam go i mówię, że nie jest ze mną źle, ponieważ staram się regularnie przyjmować leki i nie denerwować. Zbaczam na chwilę z tematu i proszę, aby podziękował matce za opiekę.
- Nie ma za co. Jesteśmy Ci coś winni prawda? - mówi, ale ja zaprzeczam.
- Nie, TY mi nie jesteś nic winny, nie odpowiadasz za to, aż tak… Znaczy wogóle nie. Wiesz o co mi chodzi, nie miałeś na to wpływu.
- Ale wtedy w szkole…
- To nieważne, zapomniałam o tym, co rozpowiedziałeś i zapomniałam o tym , że mnie nienawidzili, a teraz próbuje zapomnieć. Przepraszam Cię, Zayn. Dziwnie się czuję z Tobą rozmawiając, ponieważ ciągle w podświadomości obwiniam Ciebie za to co się stało, wtedy we wrześniu. Wiem, że nie miałeś w tym udziału, ani Twoja matka nic nie wiedziała. Żałuję, jednak, że nie wiedziała, bo może ocalilibyśmy ich wszystkich…
- O czym gadacie? - na taras wparodowuje Harry, a ja przerywam i tracę jaką kolwiek ochotę na dalszy ciąg rozmowy. Wykręcam się z dalszej pogawędki, ale Harry nie zamierza odpuszczać i dogania mnie. I błaga wręcz abym zgodziła się z nim pójść do kawiarni, na spacer czy do klubu. Błaga mnie o jakieś wyjaśnienia. Za bardzo nie wiem o co chodzi, ale zgadzam się, jestem im coś winna za gościnę. Stanawiam jednak jeden jedyny warunek, chce, żeby mnie zaskoczył, aby pokazał mi coś niezwykłego. Obiecuje, że tak się stanie, a ja mu ufam.
Wsiadamy do jego samochodu i jedziemy, parę kilometrów. Podczas drogi rozmawiamy na luźne tematy. Dowiaduję się, że Liam, Niall i Louis polubili mnie, mimo, że zamieniłam z nimi tylko parę słów. Harry mówi, że uważają mnie za atrakcyjną dziewczynę i dodaje, że on oczywiście też tak twierdzi. Nie moge powstrzymać uśmiechu na mojej twarzy. Rzadko kto prawi mi takie komplementy. Wysiadamy z samochodu, rozglądam się i wiem, że znajdujemy się w pobliżu lotniska. Harry wyciąga do mnie dłoń, łapie ją bez namysłu i po chwili biegniemy prze trawy i pola. Trwa to parę dobrych minut, wreszcie stajemy przed dwumetrową, drucianą siatką, Harry pomaga mi ja przeskoczyć, i sam zręcznie robi to samo. Idziemy jeszcze parę metrów i wyczuwam niepokój, bo jesteśmy w pobliżu pasa startowego. Nie mam zamiaru iść dalej, ale Harry przypomina mi, że chciałam doświadczyć czegoś niezwykłego. Zgadzam się dopiero, kiedy oświadcza, że jest to raczej bezpieczna zabawa. Kładziemy się na skarpie, która, znajduję się za lub może przed pasem startowym.
- Okej, to teraz będzie trzeba czekać. W tym czasie opowiesz mi coś o sobie dobrze? - rozmawia ze mną jak z małą dziewczynką, mówi przesadzenie wyraźnie, jestem troche tym zdumiona, więc zapewniam go, że umiem doskonale angielski, więc nie musi przesadzać z tym mówiem. Mamrocze przeprosiny, ale jest lekko zmieszany. Jestem mu, a raczej wszystkim członkom One Direction, winna przedstawienie mojej skromnej osoby.
- No więc… nazywam się Eve Vermont i mam siedemnaście lat. Urodziłam się w Krakowie, w Polsce, ale jak byłam mała mieszkałam w Nowym Jorku. Potem … no, mieszkałam w Los Angeles, potem znowu w Polsce, a teraz trafiłam tutaj. Moje życie nie jest szalone, ani porywające. - uśmiecham się blada, a ręka zaczyna mi lekko drżeć. Dlatego obracam się momentalnie na bok i patrze Harremu w oczy. - To tyle o mnie narazie, dobrze? Kiedyś opowiem Ci więcej, obiecuje.
- Dobrze, trzymam Cię za słowo. W takim razie ja opowiem o sobie. - Słucham uważnie, jego życie wydaję się z pozoru szczęśliwe, jednak czuję, że coś ukrywa, dlatego pytam o to wprost. - Moim rodzice się rozwiedli, nie rozumiełem wtedy co się stało, byłem głupim gówniarzem. Od tego momentu moje życie zmieniło się, inaczej patrze na kobiety…
- Dlatego, mówiąc krótko, wiążesz się z dorosłymi pannami? - Wypalam wprost, a on potakuje. - Uważasz, że są odpowiedzialniejsze, bo w podświadomości boisz się zranienia. Jednak powiem Ci, że nie do końca rozumiem Twoja logikę myślenia.
- Nie musisz, wiem, że to jest dziwne. - reflektuję się, wiem, że nie powinnam była dokonywać analizy psychologicznej jego zachowania.
- Przepraszam. - Nad naszymi głowami przelatuje samolot, jest za ledwie parę metrów nad nami, zaczynam histerycznie piszczeć i śmiać się na przemian i chowam głowę w ramieniu Harrego. Wstaję i obracam sie kilkokrotnie na trawię, czuję się szczęśliwa, mam ochotę stanąć na pasie startowym. Tłumaczę Harremu, że jest to tylko mój kaprys i zaraz wracam. Postanawia pójść ze mną. Kładę się na skraju betonu i turlikam się po trawie pod samą siatkę, przez którą przechodziliśmy. Pokładam się na trawie ze śmiechu, bo Harry próbuje zrobić to samo co ja, ale tak nieudolnie, że nie sposób się powstrzymać. Czuję, się jak mała dziewczynka, która jest na otwarciu pola golfowego. Znowu czuję tę beztroskę, bieganie dookoła i nieskończonośc skradzionych piłeczek do golfa ciąży mi w kieszeni. Niestety otwieram oczy i przed nami stoi straż graniczna, skuwają nasze ręcę w kajdanki i mówią, że wkroczenie na teren lotniska jest przestępstwem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz