piątek, 31 sierpnia 2012

XIV.


*dwa tygodnie później*
Stoję w jakiejś ciemnej uliczce, nie wiem co tutaj robię, ale wiem, że muszę iść dalej przed siebie. Nie mam butów ani żadnej torebki, włosy natomiast mam zaplecione w warkocz. Ubrana jestem tylko w cienki długi sweter - dygoczę z zimna. 
Nagle parę przecznic dalej słyszę głośny wrzask, ktoś mnie woła, ktoś chce żebym mu pomogła. Głos znowu rozrywa przenikliwą ciszę i już wiem do kogo on należy. Powstrzymuję się, żeby nie pisnąć z przerażenia i biegiem zmierzam w odpowiednim kierunku. Nie zważam na kamienie i śmieci, które brudzą i ranią moje bose stopy. Wiem tylko, że muszę zdążyć przed czasem. Wiem, że muszę go uratować. Niestety nagle z przecznicy obok wyłaniają się mężczyźni w obdartych ubraniach z butelkami alkoholu w rękach, odwracam się, ale otaczają mnie. Puszczam się biegiem, gdyż chcę ich jakoś ominąć, lecz za sobą słyszę warkot silnika - dalej jestem ścigana, tym razem przez czarny samochód jadący prosto na mnie. Uciekam jeszcze szybciej jednak czyjeś, ciemne ręce wyciągają się ku mnie i wpychają mi do buzi jedzenie, pluję nim na wszystkie strony, chce wymiotować, ale wtedy ktoś mocno uderza mnie kijem w głowę. 
Teraz znajduję się w zadymionym pomieszczeniu, nie mogę oddychać przez dym unoszący się dookoła, w kącie siedzi mój najlepszy przyjaciel Piotr, wciąga jakiś biały proszek. Błagam go, żeby przestał, ale on tylko patrzy na mnie przekrwionymi oczami i wybucha szyderczym śmiechem, nienawidzę tego, nie chcę, żeby mnie traktował jakbym była zerem. Próbuję wyrwać mu z dłoni woreczek z prochami, jednak on wykrzykuje straszliwe obelgi w stosunku do mojej marnej osoby. Jednak gdy wskazuje coś palcem za mną, odwracam się. Na głowę spadają mi banknoty, są to: dolary, euro, funty, jeny, złotówki, lewy, a nawet franki szwajcarskie. Wpadam w obłęd, odwracam się i widzę mojego przyjaciela leżącego martwego na ziemi. Ma otwarte oczy, patrzące prosto na mnie. Krzyczę najgłośniej jak potrafię, potrzebuje pomocy, lecz nikt się nie zjawia. Pochylam się nad Piotrkiem, chce go ratować, niestety wiem, że jest za późno. Kaszlę jak opętana, a oczy mam załzawione nie tylko z rozpaczy, ale także przez gaz unoszący się w powietrzu, próbuję otworzyć okno, ale tylko szamocę się z klamką bezskutecznie. Patrzę na dół, gdzie w popiołach po pierwszym budynku widzę grupkę ciemnoskórych mężczyzn. W środku stoi meżczyzna łudząco podobny do Zayna, ale jest o wiele starszy. Wrzeszczę ze strachu… to koniec. Budynek zawala się, a ja zostaję przygnieciona stosem cegieł. Najgorsze jest jednak przede mną. Parę metrów od siebie widzę Harrego, jego przyjaciół i moich rodziców nieżywych. To ponad moje siły, próbuję przewrócić się na drugi bok i wtedy uderzam mocno o podłogę.
Otwieram oczy. 
Jestem w swoim pokoju, rozglądam się dookoła i ogarniam wzrokiem całe wnętrze. Łóżko z którego przed chwilą spadałam znajduje się w strasznym nieładzie. Po parkiecie dookoła mnie leżą porozwalane poduszki, a kilka metrów dalej widzę swojego iPhone’a z roztrzaskaną obudową. W normalny dzień, wstrząśnięta takim pobojowiskiem, zamknęłabym z powrotem oczy, ale boję się, że koszmar senny znów powróci. Dlatego wpatruję się w żyrandol na suficie, które mieni się w promieniach słońca. Powoli odzyskuję spokojny oddech, a moje serce wraca do zwykłego rytmu. Podnoszę się i postanawiam posprzątać. W ciągu dwóch tygodniu od wyjścia ze szpitala trochę się u mnie pozmieniało. Dostałam własne mieszkanie, który wygląda naprawdę obłędnie. Ma dwie, duże sypialnie, salon, kuchnię, ‘gabinet’ i trzy łazienki. Wreszcie czuję się, że żyję w luksusie. Jednak wbrew pozorom, nie stałam się rozpieszczoną celebrytką, rodzice co prawda prześcigali sie w pomysłach dotyczących zatrudnienia sprzątaczki, gosposi, kucharki czy nawet osobistej au pair, lecz wszystkie te propozycje nie zostały zrealizowane. Póki mam dwie ręce i nogi mogę wykonywać wszystko sama… teraz z małą pomocą. Gips ściągną mi dopiero za tydzień, na szczęście do tego czasu pomagaja mi Harry - mój chłopak, jak się okazuje, Lou, Liam, Niall a nawet Zayn oraz ich dziewczyny. Chłopcy w zamian za zachowanie milczenia w stosunku do lekarzy, postanowili codziennie od rana do wieczora pilnować mnie i jeść ze mną wspólnie trzy posiłki - obowiązkowo, a czasem nawet wmuszają we mnie więcej. Godzę się na to tylko dlatego, bo uznaje, że naprawdę przejmują się moim losem i naprawdę zależy im na mnie. Dlatego od dwóch tygodni jem regularnie, a nawet ćwiczę, żeby utrzymać odpowiednią wagę. Nie tyję ani nie chudnę, więc uzyskaliśmy swoisty kompromis. 
Jedynym problemem są koszmary, które od wyjścia ze szpitala dręczą mnie co noc. Właściwie zawsze są takie same, niestety za każdym razem przeżywam je równie dotkliwie jakbym śniła pierwszy raz. Przeszłość właśnie w taki sposób mnie prześladuje. Na każdym etapie mojego życia, pojawią się moment w którym senne zmory wracają do mnie jak bumerang, nieważne co się dzieje, po prostu wracają. Najczęściej są podobne, jednak niektóre elementy zmieniają się i z czasem zanikają, kiedy powoli o nich zapominam. Lecz po paru latach wracają, dlatego nawet jak bardzo bym chciała nie umiem zapomnieć o przeszłości. Najczęściej te sny rozumiałam, gdyż dotyczyły problemów z którymi się zmagałam. Jednak teraz jednego elementu za nic nie umiem wytłumaczyć, chodzi mi bowiem o ciemna uliczkę i pędzący za mną samochód. 
Wtłaczanie mi jedzenia do gardła oczywiście oznacza moje problemy z wagą, a walący się budynek, w którym jestem uwięziona, również jest mi dobrze znany. Niestety przykro mi widzieć raz za razem scenę śmierci Piotra, po przedawkowaniu narkotyków. Tak samo z ciężkim sercem widzę trupy rodziców i Harrego. Wiem, że ten element pojawia się tylko i wyłacznie dlatego, iż w tym momencie są to mi najlbliższe osoby i boję się ich utracić. Co z resztą już się stało w przypadku mamy i taty, natomiast z Hazzą (tak nazywają Stylesa chłopcy) zbliżyliśmy się jeszcze bardziej przez ostatnie dni. Poznajemy się powoli i stopniowo, a więź, którą zbudowaliśmy już na samym początku naszej znajomości znacznie mi to ułatwia. Ucieszyła mnie także wiadomość, że tej felernej nocy nic więcej się między nami nie zdarzyło i jedyne co miała miejsce to spanie, w ubraniach, obok siebie. Żałuję, że nie pamiętam więcej detali z tego wieczoru, może one pomogły mi rozwikłać zagadkę pędzącego Land Rovera ze snu. Gdyż dręczy mnie to okropnie.
Idę do łazienki i myjąc zęby podskakuję w rytm muzyki z słuchawek. Potem wiążę włosy w luźne koka na czubku głowy, delikatnie pudruję policzki i nakładam tusz do rzęs. Ubieram się w luźną ciemną bluzkę z wielkim napisame ‘Ramones’ i jasne, jeansowe, krótkie spodenki. Do tego czarne Vansy i takiego samego koloru torebka.
Schodzę po schodach do kuchni w której siedzi Louis przy filiżance kawy. Zapewne przyszedł już dawno i czeka, a ja zaspałam. Obok na stole, leży telefon i klucze. Tak, klucze od mojego mieszkania, którymi otworzył sobie drzwi. I tak, dałam obcej piątce facetów moje klucze. Jakoś nie obawiam się napadu rabunkowego, ani gwałtu z ich strony. Choć z tym ostatnim nie jestem taka pewna… choć gwałt za zgodą nie jest już gwałtem. Jeśli wiecie o co mi chodzi oczywiście. Brr, znowu zboczone myśli.
Daję Louisowi całusa w policzek i przytulam mocno.
- Czy na górze jest Harry? Słyszałem podejrzane wrzaski… - oznajmnia, a ja wybucham głośnym śmiechem. Doskonale wie, że mam koszmary, ale nie przeszkadza mu to, żeby pożartować. Na szczęście wcale mi to nie przeszkadza, jestem wręcz wdzięczna za rozweselenie mnie od rana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz