piątek, 31 sierpnia 2012

XIX.


Było parę minut po drugiej w nocy. Doskonale słyszałam bijący dzwon, w jakimś małym, katolickim kościółku niedaleko, paręnaście minut temu, którego dźwięk i tak nie zakłócił mojego, stłumionego szlochu. Przeniosłam się na schody znajdujące się po przeciwnej stronie ulicy i właściwie nie wiedziałam na co czekam. Obserwując wyjście zastanawiałam się którego z chłopców zobaczę pierwszego. Ale, gdy żaden z nich się nie pojawiał, z nudów, próbowałam odtwarzać wszystkie zajścia wieczoru krok po kroku, co nie było łatwe, gdyż z pozoru, każdy jeden nie istotny szczegół rozpraszał mnie na tyle skutecznie, że zalewałam się łzami. 
Gdy Liam i Danielle mnie znaleźli, byłam w totalnej rozsypce. Siedli z moich dwóch boków, Danielle w miare skutecznie mnie uspokajała, głaszcząc mnie po głowie, przy czym mierzwiąc, moje i tak już nieźle skołtunione włosy. Gdy moim ciałem przestają wstrząsać dreszcze i płacz, wszyscy w trójkę wgapiamy się tępo w przestrzeń.
- Dobra, ja mam jutro próby… nie siedźcie tu za długo - Danielle przerywa milczenie, ściąga swój płaszczyk i okrywa nim moje ramiona, gdyż zrobiło się naprawdę zimno. Co prawda deszcz, ani tym bardziej śnieg nie pada, ale temperatura spadła do dziesięciu stopni i od samego siedzenia pojawia się gęsia skórka. Dziewczyna całuje się Payne’m i szepce coś mu na ucho, dlatego udaję, że tego nie widzę i wstaję, żeby niby poprawić i otrzepać z niewidzialnych pyłków moją sukienkę. 
Mija parę minut, wiem, że to nie z Harry’m, Louis’em czy Zayn’em mam najwięcej do pogadania, ale właśnie z Liam’em. Odzywam się, więc, nie pewnie:
- To co, z którym będzie największa afera?
- Hm… nie wiem. Oni wszyscy oszaleli, na twoim punkcie, ciekawe czemu ja się jeszcze trzymam. - Nie rozumiem tego zdania, ale chłopak najwyraźniej musi wydusić z siebie wszystko, co przygotował do monologu i dopiero wtedy będę mogła zadać mu nurtujące pytania.
- O Lou i Hazze się nie martw, oni już wyjaśnili sobie wszystko. Wiesz, przecież są najlepszymi przyjaciółmi, do tego nie pozwolą zwalić jakiejkolwiek winy na Ciebie. Louis Cię broni i … uwielbia. Mówi, że przypominasz mu jakąś dawną przyjaciółkę … Pogadacie i wyjaśnicie sobie wszystko. Będzie dobrze. Natomiast ciekawi mnie sprawa z Zayn’em. Nie chcę nic mówić, ale zwiał zaraz po tym … eh… wszystkim, nie wiem co inni widzieli, ale dobrze o Tobie świadczy, że nie odwzajemniłaś tego … pocałunku. - Lustruję uważnie chłopaka wzrokiem, marszcząc przy tym czoło.
- Jak wrócę to postaram się to wszystko wyjaśnić. Jakoś… – poklepuję, zmartwionego chłopaka po plecach.
Siedzimy jeszcze tak z godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym, kilkakrotnie wracamy do wydarzeń z balu, próbując dogrzebać się do każdego szczegółu. Moje poorane serce, na szczęście, powoli się zabliźnia, zastanawiam się kiedy zadzwoni Harry, o ile już tego nie zrobił, ale z braku telefonu, nie mogę tego sprawdzić. Oczy mi się kleją - oczywiście oprócz zmęczenia, sprawia to też fakt iż czuję przyjemne ciepło z otaczającego mnie ramienia Liam’a. Nie mogę zasnąć, choć głowa sama opada mi w dół, więc podrywam się do góry i pociągam chłopaka za sobą. Czas udać się do własnych mieszkań.
***
Budzi mnie walenie w drzwi, które nieustannie dobiega od paru minut… a może godzin? Wstaję leniwie, z przykrością stwierdzając, że mam dalej na sobie mocno już wymiętą sukienkę i rozmyty makijaż na całej twarzy, od płaczu i długiego spania. Niestety dzwonki, mieszające się z naprzemiennym pukaniem, tak skutecznie mnie ponaglają, że nie mam czasu na dokładne przejrzenie się w lustrze. Patrzę, po drodze, na zegarek, który wyświetla godzinę 18:44, klnę pod nosem i otwieram drzwi. Na progu stoi Harry z bukietem kwiatów i lekko zdumioną miną, a tuż zanim czai się Louis w pasiastym sweterku i z podobnym wyrazem twarzy. Zapraszam ich gestem do środka, a widząc ich zdezorientowane spojrzenia, kiwam głową na znak, że wiem jak wyglądam.
- No więc… chcielibyśmy przeprosić, za to wszystko wczoraj. Niezły bałagan się zrobił … - nie owijając długo w bawełnę przemawia Styles, jak zawsze zachrypniętym, acz niezwykle pociągającym głosem. Spuszczam wzrok, bo nie wiem, co ma na myśli mówiąc bałagan - nie wiem co i ile widział. Nie pozostawiając mi wiele czasu do namysłu z ich dwuosobowego szeregu występuje skonsternowany Lou:
- Przepraszam, głupio palnąłem wczoraj. Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało, wiem, ze wcale Cię nie znam… - Kręcę opuszczoną głową, ale nie po to, żeby zaprzeczyć, ale po to, aby zatamować łzy. -Wybaczysz mi? - Podnoszę wzrok i kiwam głową, po chwili już Tomlinson mnie mocno ściska, tak, że tracę po woli oddech. Z sytuacji ratuje mnie Hazza, który znacząco pokasłuje jest to umówiony znak najwyraźniej, bo Louis odsuwa się w stronę drzwi - Pogadamy potem, dobrze?
Stuknięcie, naciskana klamka, aż wreszcie trzask drzwi. Zostaję z Harry’m sama.
- Poczekaj, idę do łazienki na chwilę. - Gdy tylko zostawiam go w salonie i znikam za ścianą, pędzę opłukać twarz i opanować trzęsienie rąk. Co on chce mi powiedzieć? Że to koniec, czy chce przeprosić? Tak czy owak muszę się z nim zmierzyć. Kilka zabiegów ‘upiększających’ i wyglądam zupełnie inaczej; włosy spięte na czubku głowy, policzki bez czarnych plam, a oczy po kontakcie z zimną wodą przestają być takie podpuchnięte. Tylko sukienka, którą wciąż mam na sobie, zakłóca cały ten… łagodny styl. Jednak nie mam czasu na przebieranki. Schodzę na dół. Brunet siedzi, przeglądając jakąś gazetę, lecz na mój widok unosi się. Przechylam głowę w lewą stronę i przygryzając z całej siły dolną wargę, próbuję powstrzymać się od dania mu w twarz - tak jak to już przećwiczyłam na Zayn’ie. Dopiero teraz czuję, jak wielka ogarnia mnie złość i wściekłość. Potraktował mnie okropnie, jakbym była zabawką, którą znudził się i wyrzucił… Jednak coś mnie trzyma, coś co nie pozwala mi na niego wrzeszczeć i coś co każe mi wskoczyć w jego ramiona. Ale spokojnie, na razie stoję w miejscu. Nie ruszam się, niech wydusi to z siebie, teraz. Szybko. Przemawia, jak na moje życzenie.
- Ev, przepraszam Cię, to wczoraj miało wyjść zupełnie inaczej. Mieliśmy spędzić uroczy wieczór, a wyszło, jak wyszlo… Dawno nie byłem w związku, zapomniałem - patrzy na mnie, spod góry loków - a nie powinienem. - Pociągam nosem. Dociera do mnie, że nie mogę mu pozwolić odejść. Nigdy. 
- Błagam Cię, zacznijmy od nowa, to wczoraj nie miało miejsca, nigdy więcej już nie pozwolę im na… obściskiwanie czy … coś. - Łapie mnie za ramię - Do niczego nie doszło, rozumiesz? Ja nic nie poczułem, pocałowała mnie tak, ale … - potrząsa mocno moi ramionami, ale nie podnoszę głowy, wstrząsa mną nieprzyjemny dreszcz. Zranił mnie wczoraj, ale mimo wszystko jest dla mnie ważny. Wiem, że mu wybaczę za chwilę, choć jeszcze parę minut będę twarda.
- Co prawda byłem pijany troszkę, takie obwieszanie nie jest czymś dobrym, wiem, że jesteś wściekła. Zrozum… - Nawet na chwilę nie pozwala mi dojść do głosu. Ale ja przestaje go słuchać przez moment i myślę, że on wcale nie jest takim ‘pleyboy’em’ jak go przedstawia prasa. Jest naprawdę wrażliwy, mimo, że popełnia błędy, widać, że żałuje. Do tego nigdy wcześniej nie widziałam u tego chłopaka takiej poważnej, skupionej i zatroskanej miny jak teraz. Rozkładam bezwiednie ręce. Gdy słyszę raz po raz wypowiadane błagania i odwracam się - niech wie, że jest mi przykro, niech zapamięta, że wszystkiego mu nie wybaczę i nie jestem kolejną łatwą dziewczyną. Po paru minutach, czuję jego dotyk - obejmuje mnie, ale inaczej niż zwykle - niepewnie i bardziej delikatnie. Nie czekam długo, bo przecież właśnie tego gestu potrzebowałam najbardziej, szybko obracam się i zamiast uderzyć go z całej siły w twarz, obejmuję szyję Harry’ego i czekam, aż moja histeria przejdzie. Wściekam się, że długo nie umiem przechowywać urazy i przez to zapominam o krzywdach szybko nie wyciągając z nich wniosków.
Odsuwamy się wreszcie od siebie, wierzchem dłoni ociera moje policzki, prycham cicho, bo znowu wiem, że wyglądam, jak zawsze po płaczu, czyli okropnie - znowu podpuchnięte i przekrwione oczy, czerwone plamy i dodatkowo te dziwne błyski w oczach… Siadam na sofie, a Harry klęka przede mną, łapiąc mnie oburącz za dłonie.
- Nie płacz nigdy przeze mnie, czuję się okropnie. - Zaciska palce na moich tak mocno, że odczuwam powoli ból z powodu niedokrwienia kończyn. - Nie zasługuję na Ciebie, co?
- Eh, nie wygłupiaj się, idioto - mówię żartobliwie stukając moją głową o jego czoło, ale Styles odsuwa mnie i nasze twarzy dzieli teraz nieco ponad paręnaście centymetrów.
- Nie wiem jak to sformułować … Ale ten idiota Cię kocha… 
*I hear angels sing, in your voice*
Nie wierzę w to co usłyszałam, nie wierzę, że sam Harry Styles - jeden z najbardziej pożądanych nastolatków na ziemi, właśnie wyznał mi miłość. Śnię na jawie, bo to nie może być prawda, że właśnie taka szara myszka, jak ja, stała się najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi. 
*I can’t even speak* 
Słyszę mimowolnie, gdzieś z tyłu w głowię piosenkę Demi Lovato ‘Lightweight’ i wreszcie wiem o co chodziło autorce. Czuję się wolna, jakbym unosiła się wysoko, wysoko ponad chmury, ale nie jestem sama, chłopak cały czas trzyma mnie za dłonie. Mam ochotę wrzeszczeć - smutek i złość przeradza się w nieopisane szczęście, tymi dwoma wyrazami powalił mnie całkowicie na łopatki i muszę przyznać, że po raz pierwszy, komuś się to tak konkretnie to udało.
*Do you even know,
how you make me weak*

Robi na przemian gorąco i zimno, nasze usta znów się łączą, jednak tym razem są to inny pocałunki – bardziej czułe. Reflektuję się, że nie odpowiedziałam Harry’emu. Ale chłopak chyba tego nie wymaga – przynajmniej w tym momencie. Unosi mnie, jesteśmy oboje trzeźwi i chyba teraz przyszedł odpowiedni moment. Zaraz to się zdarzy… wiem to. Pocałunki na mojej szyi powodują delikatne dreszcze podniecenia. Palcami rozpinam guziki koszuli chłopaka, jednak ręce mi się tak trzęsą, że przypadkowo urywam kilka z nich, najwyraźniej zbyt słabo przyszytych. Brunet się śmieje cicho, tuż ponad moim obojczykiem. Jego oddech przeszywa całą moją skórę. Zaciskam na nim ręce i przyciskam najmocniej jak się da.
- Harry, wiesz, że to pierw… - ‘Shhh’ zamyka mi skutecznie usta.
*I’m a lightweight better be careful what you say
with every word I’m blown away
You’re in control of my heart*
***
Nagły dźwięk budzika wyrywa mnie ze stanu odrętwienia w którym, najwyraźniej, przez całą noc się znajdowałam. Próbuję się poderwać, ale ciało Harry’ego Styles’a skutecznie mi to uniemożliwia. Zsuwam jego lewą nogę i przewracam całą jego klatę na materac obok.
Patrzę na zegarek – zadzwonił w samą porę, mam jeszczę chwilę, żeby do podręcznej walizki zapakować ciuchy na zmianę i kosmetyczkę. Ubieram się nadwyraz elegancko – czarna, prosta sukienka z długim rękawem, do tego ażurowe rajstopu i szpilki. Klasyka, którą uwieńcza kucyk na czubku głowy. Szybkie spojrzenie na śpiącego bruneta i to niesamowite uczucie, że jest mój.
Przy wyjściu portier wręcza mi dużą kopertę bąbelkową, która wczoraj została do mnie wysłana. Marszczę czoło, na widok pierwszego listu, który dostałam i który nie wygląda jak rachunek za abonament telefoniczny. Rozrywam papier i ku mojemu zdziwieniu ukazuję mi się mój telefon i portfel, który wygląda na nienaruszony. 
- Jasper, kto to przyniósł? – charczę zaniepokojona.
- Kurier, wczoraj z samego rana przyjechał i kazał mi przekazać do rąk własnych, panience. 
- Mówił coś jeszcze?
- Tak, prosił, abym dopilnował, że otrzyma pani przesyłkę jak najszybciej. Dostarczyłbym ją panience wcześniej, niestety nikt nie odpowiedał na domofony, a potem pan Styles i Tomlinson przyszli i postanowiłem nie przeszkadzać. Bardzo przepraszam, jeżeli źle postąpiłem. – Uciszam go gestem dłoni i kiwam głową. Zastanawiam się, kto to wysłał i w ogóle jak wszedł w posiadanie moich rzeczy. Z drugiej strony znajduję usprawiedliwienie, dla paczki przysłanej na mój adres – potencjalny znalazca, odczytał dane z dokumentów i odesłał tutaj. Pewnie, przez moją nie uwagę, wypadły rzeczy z małej kopertówki lub w jakiś inny sposób zostały porzucone… Z dalszych rozważań wyrywa mnie dźwięk głośnego klaksonu przed budynkiem.
Wsiadam do zamówionej taksówki i po kilkudziesięciu minutach wysiadam tuż przy międzynarodowym terminalem na Heathrow. Biegnę schodami, wiedząc, że jak zawsze przyjechałam na tak zwaną ‘ostatnią chwilę’. Odprawa cywilna przebiega sprawnie i gdy zmierzam w kierunku rękawa prowadzącego do samolotu, mój iPhone ryczy nieokrzesanie. 
- Gdzie jesteś? – z słuchawki dobiega, jak zawsze, schrypnięty głos członka One Direction.
- No, na lotnisku. Kartka po prawej stronie na nakastliku. Muszę kończyć – rozłączam się, bo słyszę już drugi raz moje imię i nazwisko z głośników i informacje o kończącym się boardingu lotu do Krakowa. Porywam jeszcze kilka plotkarskich czasopism z półki w kiosku, podaję sprzedawczymi dwadzieścia funtów i nie czekając na resztę, pędzę do samolotu. 
Po starcie przeglądam cały stos gazet, w każdym z nich natrafiając na swoje zdjęcia z sobotniej imprezy. Dziwne uczucie czytać o sobie w tych wszystkich szmatławcach. Niektóre komentarze, co prawda, mile mnie zaskakują, natomiast niektóre wręcz odwrotnie. Fajnie przeczytać, że (według autorów oczywiście) pasuję do Harolda i że jestem urocza osóbką, ale mam ochotę zamordować, za porównania do Caroline Flack lub cięte uwagi na temat mojego ‘wielkiego powrotu’. 
Lot szybko mija i staję, po tygodniach nieobecności na mojej, polskiej, ziemi. Do sądu rejonowego przybywam kilka minut po jedenastej. W samych drzwiach, natykam się na prawnika taty, zresztą bardzo sympatycznego gościa, który wita mnie uśmiechem. Zamieniam z nim parę zdań, jako, że znam go, niejako od urodzenia, bardzo się lubimy. Zadaje mi tylko jedno pytanie:
- Jak się trzymasz? – Wzruszam ramionami. Jestem na silnych anty-depresantach, więc żadna sprawa nie porusza mnie jakoś dogłębnie, ale to zdanie uświadamia mi, że jest to koniec mojej rodziny. Koniec dzieciństwa i początek dorosłego, samodzielnego życia. Wiem, ze nic już nie będzie tak jak dawniej… 
Rozprawa mija mniej, więcej spokojnie. Nawet przy podziale majątku nikt nie wrzeszczy, tak jak to jest w tych amerykańskich filmach. Niestety przy ustaleniu mojego prawnego opiekuna robi się zamieszanie. Wzywają mnie na świadka, ale nie podaję żadnych konkretów, za plecami raz po raz słyszę znaczące chrząknięcia. W końcu, postanawiają, uznać za mojego prawnego opiekuna matkę, sędzia podkreśla przy tym, że ze względu na moje ukończone szesnaście lat i tym samym prawo do wykonywania czynności cywilno-prawnych, jest to tylko formalne ustalenie. Wreszcie koniec. Nie wstaję z miejsca, tata klepie mnie po ramieniu, ale się nie ruszam. Oczami wyobraźni widzę siebie jako małą dziewczynkę biegającą po parku i skaczącą z drabinek. Następna scena - pierwszy dzień szkoły - granatowy mundurek, włosy zaplecione w elegancki warkoczyk i mama z tatą u moich boków, dziesiąte urodziny, zawody sportowe, ze wszystkich stron spoglądają na mnie uśmiechnięte twarze rodziców. Gdybym mogła cofnąć czas, naprawić wszystkie błedy, wymazać kłótnie, w odpowiedniej chwili zareagować, kiedy ich miłość zaczęła się sypać…

No to koniec tego rozdziału, mam nadzieję, że dotarliście tutaj do końca. Sama po sobie wiem, że nie umiem sie skupić czytając takie dłużyzny, ale jestem baaardzo wdzięczna, jeżeli przemęczyliście się dla mnie :)
Mam też świadomość, że może nie wyszło jak powinno, jeszcze nie umiem do końca oddać całej sytuacji, ale posłuchajcie piosenki Avril, może wprawi Was w ten smutny nastrój kończący ten rozdział.

kocham was, xoxo.

XVIII.

*Once upon a time somebody ran
Somebody ran away saying fast as I can*

Podrywam się momentalnie z łóżka na dźwięk połączenia przychodzącego, wydobywającego się z telefonu Harry’go. Szturcham go w ramię, żeby odebrał, ale widząc brak reakcji i napis na ekranie ‘Louis’ podnoszę sluchawkę, mając nadzieje, że brunet się nie obrazi.
- Harry, zapomniałem o tej cholernej próbie dzisiaj! Wogóle pomyliły mi się daty do jasnej cholery. Gdzie ty jesteś?! - mam ochotę słuchać monologu Louisa jeszcze chwilę, bo mimo, że jego głos jest wściekły, działa na mnie kojąco. Od niedawna nie miałam tak ciężkiej nocy jak dzisiejsza. Nie próbowałam nawet zasnąć, mimo to za każdym razem, gdy powieki opadały mi ze zmęczenia, podrywałam się i siedząc na łóżku próbowałam przekonać samą siebie, że nikt mnie nie obserwuje, że wszystko jest dobrze. Dopiero koło czwartej usnęłam, wtulając się najmocniej jak się dało w leżącego obok mnie Styles’a, ale i wtedy dręczyły mnie koszmary.
Po wczorajszej kąpieli Harry’emu tak poprawił się humor, że do dwunastej rozprawialiśmy o koncercie i dziewczynkach, które mnie zaczepiły. Ja natomiast uważnie słuchając jego wywodów, starałam się zebrać na odwagę, aby pokazać mu niepokojącego esemesa, jednak za każdym razem, gdy byłam bliska wyjawienia prawdy - on opowiadał jakiś kawał i poprostu nie miałam serca psuć mu tego humoru. Jednak obiecałam, że przy najbliższej, sprzyjającej ku temu okazji, opowiem o całym zajściu, jak nie Harry’emu, to komukolwiek innemu.
- Louis, to ja. Harry śpi, ale rozumiem, ze mam go obudzić i w trybie natychmiastowym odesłać…
- O cześć kotku. - rumienię się - Wybacz, że tak ryknąłem, ale Paul jest cały w nerwach, rozumiesz? Przekaż mu żeby się zbierał szybko, bo mamy dzisiaj ten bal. Do zobaczenia. - Przytakuję i rozłączamy się. Tym swoim ‘kotku’ zapewnił mi dobry początek dnia. Potrząsam Harrym lekko i głaszcząc jego włosy informuję, że musi się pośpieszyć.
- Ale ja nie chceee - mamrocze, przyciągając mnie do siebie. Próbuje mnie pocałować, gdy odrywa nas od siebie znowu ryk jego iPhona, tym razem jest to piosenka Green Day:
‘Warning. Live without warning
Say warning. Live without warning
Say warning. Live without warning’

- Ostrzeżenie? Serio? - patrze na niego z komicznym uśmiechem odczytując napis ‘Paul’.
Harry pośpiesznie wkłada spodnie, koszulkę, a ja dalej podśmiewam się z jego dzwonka i strachu przed własnym ochroniarzem, od którego telefonu nawet boi się odebrać.
- Do wieczora, piękna. Olśnij nas. - całuje mnie w policzek i wybiega w pośpiechu zostawiając mnie znowu z poczuciem niedoinformowania. Biorę więc swój telefon, na którym, dzięki Bogu, nie ma kolejnych tajemniczych wiadomości i wybieram zielony przycisk. Wsłuchując się w równomierne pikanie - oznaczające łączenie, rozkoszuję się słowem ‘piękna’ skierowanym pod moim adresem i wypowiedzianych z jakże szlachetnych ust samego Harry’ego Styles’a. Lubię jak tak do mnie mówią, słowo to wyraża tyle czułości. Tak samo mówił do mnie Piotrek - mój najlepszy przyjaciel. Mimo, że byliśmy tylko kolegami (zastrzegam nikim więcej!), zawsze stał u mojego boku, gotowy w każdej chwili pojawić się w drzwiach mojego domu i zapewnić mi porządną dawkę dobrego humoru i pocieszenia. Mówił wtedy ‘Jutro też jest dzień, piękna…’
- Jakiego wieczoru? O czym nie wiem…? Znowu. - rzucam do słuchawki. Nie jest to pretensjonalny ton, raczej lekko przerażony wizją nieznanego.
- Mamy dzisiaj występ na balu charytatywnym, będzie dużo fotoreporterów, porobią nam zdjęcia… Dani i Eleanor też idą, dlatego pomyślałem, że będzie fajnie. Ehm … nie wspominałem o tym wcześniej?
Oczywiście, że wcześniej nic nie wspomniał. Bo po co miał to niby robić? Przecież jestem tylko jego dziewczyną. Choć, w sumie, on też o tym zapomniał, więc jesteśmy w pewnym sensie kwita, bo on dostał opieprz od Paula, a ja jestem na przyśpieszonym oczyszczaniu twarzy. Eleanor siedzi w gabinecie obok i obie poddajemy się zabiegom pielęgnacyjnym. W sumie to jestem wdzięczna Louis’owi, że pomyślał i o mnie i zarezerwował nam dwóm miejsca w tym centrum odnowy biologicznej. Bez niego pewnie wyglądałabym szkaradnie, bo ręce drżałyby mi podczas nakładania makijażu, włosy odstawałyby na wszystkie strony, a płytki paznokci nie byłyby tak idealnie wyrównane i nie miałyby takiego cudownego czarnego lakieru z srebrnymi drobinami.
Po paru godzinach myślę, że wyglądamy ładnie. A nawet bardzo ładnie. Niestety nie mam takich zdolności opisywania, a poza tym opisałabym siebie tak jak czuję, że wyglądam - czyli jak zawsze paskudnie, dlatego pozwole sobie zacytować artykuł, który następnego dnia znajdę na jednym z portali modowych.
’(…) dziewczyna wyglądała rzeczywiście cudownie. Miała figurę o której marzy większosć z nas - długie, szczupłe nogi, smukła talia, uśmiech olśniewający i zadziwiająco szczery. Ogólnie twarz bardzo ładna, oczy pogodne. Teraz przejdźmy do kreacji, która olśniła nasze reporterki.
Brązowe włosy, upięte w misternego, a zarazem luźnego koka na czubku głowy - zachwyciły nas od początku. Na jej głowie znajdowała się także czarna maska z elementami piór. Kosmyki loków, które starannie wystawały z fryzury, opadały pojedynczo na ramiona. Makijaż był idealny. Ciemna kredka i ciemny cień, a rzęsy mocno wytuszowane. Równowagę do mocno pomalowanych oczu stanowiła subtelna szminka w kolorze jasnego rożu. Natomiast kreacja była sama w sobie zniewalająca. Stylizowana na wzór ‘czarnego łabędzia’; obcisła, ale skromna góra, bez ramion z aksamitnego materiału, łączyła się w pasie z cudowną tiulową spódnicą, na której znajdowały się pasy ptasich piór, również czarnych. Stopy zdobiły tego samego koloru buty od Chanel, które przykuły szczególną uwagę naszych czytelniczek (…) ‘

Bez tych zbędnych epitetów, tak wyglądam, ale jestem zdecydowanie grubsza i mniej wspaniała.
Czemu motyw czarnego łabędzia? Bal ten, polega na zbieraniu pieniędzy dla chorych dzieci i organizatorzy wymyślili sobie, że goście będą ‘anonimowi’, dlatego mamy się przebrać i mieć maski. Zdziwiła mnie ta idea lekko, gdyż skoro mają tam występować znane gwiazdy nikt nie pozostanie incognito, lecz uznaje w końcu, że jest to tylko kolejny element atrakcji wieczoru. Eleanor również wygląda cudownie i dziękuję Bogu, że siedzi teraz obok mnie w swojej długiej wieczorowej sukni z ekstrawaganckim kołnierzykiem - w jednej ręce trzymając swoją maskę, a w drugiej ściskająca moją dłoń. Podziękowałyśmy naszym stylistom, wyrażając dozgonną służbę, a teraz czekamy na chłopców. Nie umiem wytrzymać tej ciszy, ale i tak nie mogę wypowiedzieć, ani słowa. Zastanawiam się nad wczorajszą wiadomością, gdyż w uszach dalej dźwięczą mi słowa ‘chyba coś zgubiłaś, słoneczko’. Elka na szczęście spostrzega mój wewnętrzny paraliż, dlatego pyta co się stało. Balon pęka i mówię jej wszystko po kolei, zaczynając od substancji usypiającej w moim drinku ponad miesiąc temu, przechodząc przez sen w którym goni mnie samochód, a kończąc na wczorajszej wiadomości. Dziewczyna siedzi chwilę w zamyśleniu, a potem oznajmia:
- Ja bym tych spraw nie łączyła. Co prawda nie jestem jakimś psychologiem, ale uważam, że ten sen wcale nie łączy się z pozostałymi zajściami. Ta jakaś substancja mogła w sumie być tam przez przypadek, a nawet jakby ktoś chciał targnąć na Twoje życie to mu się nie udało i chyba, jak do tej pory, nie powtarzał tego. Z tym esemesem jest dziwniejsza sprawa, ale na razie zostaw to w spokoju. Pozwól się rozwinąć akcji, jeżeli w ogóle jest jakaś akcja…

Gdy chłopcy po nas przyjechali autentycznie ich zamurowało. Louis chyba z trzydzieści razy powiedział mi, że wyglądam olśniewająco, a Harry nic nie mówił po prostu się gapił. Autentycznie się gapił. Nie jestem przyzwyczajona do takich sytuacji, dlatego najbardziej na świecie chciałam opuścić nisko głowę lub zasypać się w gruzach, niestety ani jedno, ani drugie nie było możliwe, więc starałam się zachowywać powagę. Usadzili mnie z przodu, a sami w trójkę, razem z Eleanor, siedli z tyłu. Paul z poważną miną kierował, a ja wolałam się nic nie odzywać, jednak, gdy wysiadaliśmy, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, ochroniarz mrugnął do mnie porozumiewawczo i prawie niezauważalnie uniósł kciuk do góry.
Czerwony dywan był wspaniały. Louis i Eleanor poszli przodem, gnając do reszty członków zespołu, ja natomiast zostałam z Harry’m drżąc z podniecenia. To jest ten moment. Teraz wszystkie wątpliwości zostaną rozwiane. Teraz każdy dowie się, że jestem jego dziewczyną. Że coś nas łączy. Stoimy tak, przepuszczając kolejne osoby, patrzę na oddalającego się Louisa i ku mojemu nagłemu zaskoczeniu, moje serce zaczyna bić tak mocno jakby chciało wyrwać się klatki piersiowej. Odwracam szybko wzrok, bo nie chce żeby to uczucie trwało dalej. Zupełnie nie wiem co się dzieje, przecież Harry stoi tuż obok mnie i nie powinnam mieć żadnych wątpliwości, niestety czuję, że coś jest na rzeczy. Może drżenie nie wynika ze strachu przed publiką…?
Oddycham głęboko i powoli uspokajam się, gdy udaje mi się osiągnąć cel chłopak patrzy na mnie pytająco – najwyraźniej chciał poczekać, aż przetrawię wizję efektownego wejścia po czerwonym dywanie, dobrze, że nie wie co myślę. Uśmiecham się i kiwam głową na znak zgody – jestem, powiedzmy, gotowa. Wchodzimy po schodkach. Brunet odszukuje moją dłoń, zaciśniętą mocno w pięść i schowaną w fałdach sukienki. Łapie mnie za nią - za moją totalnie mokrą, z nerwów, rękę. Czyni to w odpowiednim momencie … bo w tej samej chwili ze wszystkich stron rozbłyskają flesze. Wygląda to tak, jakby otoczył nas potężny grom błyskawic i gdyby nie ta jego dłoń, do której z całej siły przylgnęłam, skuliłabym się, zapominając przy tym gdzie się znajduję.
- Uśmiechnij się, będzie dobrze - szepce Styles, a potem opowiada jeden z jego ulubionych sprośnych żartów, który, co prawda, słyszałam już nie raz, ale i tak wybucham śmiechem i na chwilę zapominam o otaczającym nas tłumie. Potem idziemy jeszcze kawałek, przystajemy i pozujemy fotografom. Harry łapie mnie delikatnie w talii, a ja przechylam głowę w jego stronę i uśmiechamy się promiennie. Czuję, jak bardzo, brakowało mi tego zgiełku. Trema , która jeszcze chwilę temu kompletnie mnie sparaliżowała, teraz zamieniła się w bezgraniczną swobodę. Staram się nie zapomnieć, że tym razem mam być jedynie ‘tą dziewczyną Harry’ego Styles’a’ i nikim więcej. Próbuje wyryć sobie w mózgu, że przecież o to mi chodzi - o zachowanie jak największej anonimowości i cieszenie się życie wśród chłopców, ale z dala od błysków fleszy.
Brunet odpycha mnie lekko, chce abym okręciła się dookoła, niczym Katniss Everdeen z ‘Igrzysk Śmierci’. Wiruję, patrząc jak moja suknia unosi się lekko i wybucham śmiechem, świetnie się przy tym bawię. Widzę, że tyczka, którą Harry musiał wcześniej połknąć zniknęła i przestaje być wreszcie taki sztywny. Ja też zapominam o stresie, dziwnym Lou i moim anonimowym prześladowcy (???), jeżeli tak mogę go nazywać. Chłopak uśmiecha się razem ze mną do zdjęć, rozmawiamy pogodnie, a gdy nasz czas dla paparazzich mija, muszę go siłą ciągnąć do wejścia. W drzwiach spotykamy resztę chłopców, witamy się tak, jakbyśmy się nie widzieli latami. Oczywiście robimy to trochę pod publikę, ale nie powiem, że nie jest to miłe, gdy wymieniamy się uściskami czy komplementami. Nie patrzę w oczy Louisowi, gdy znowu podziwia mój wygląd i udaję, że nie zauważam wrogiego spojrzenia Eleanor, ani kuksańca zadanego mu w bok przez Styles’a.
Następnego godziny mijają szybko, chłopcy występują, potem żartujemy trochę, siedząc przy wspólnym stoliku. Dodatkowo mam taki komfort, że nie biegają tutaj fotoreporterzy i młode, głupiutkie dziennikarki pracujące dla zakłamanych portali plotkarskich i żądne byle głupiej sensacji. Dlatego jeżeli któraś z gwiazd chce porozmawiać z prasą, albo raczej, jak uważam, krwiożerczymi bestiami, wychodzi na zewnątrz. Chłopcy decydują się jednak na taki odważny ruch i idą na umówiony wywiad, po kilkunastu minutach wracają, ale ‘nie kompletni’. Okazuje się bowiem, że Harry i Zayn spotkali jakieś ‘dawne przyjaciółki’ i siadają z nimi, aby porozmawiać. Ucinam więc sobie krótką pogawędkę z Louis’em na tak zwany ‘luźny temat’. Co chwilę jednak zerkam, nad jego ramieniem, w celu obserwacji mojego chłopaka, który jak widać bawi się w najlepsze w towarzystwie Malika i dwóch blondynek oraz jednej brunetki. W najładniejszej dziewczynie rozpoznaję Perrie Edwards z zespołu Little Mix i muszę przyznać, że tylko ona zachowuje się jak na ‘damę’ przystało. Pozostałe piją bez umiaru, a Harry, właściwie robi to samo i dodatkowo łamiąc zadaną mi obietnice, o dzisiejszej wstrzemięźliwości od drinków. 
Część ludzi, po jedzeniu i odpoczynku wyrusza na parkiet, a ja w tym momencie ani nie mam partnera, ani ochoty, bo jestem wkurzona do granic możliwości. Dalej próbuję kontrolować Styles’a jednak nie jest to zbyt skuteczna metoda, jeżeli jest się oddalonym o ponad dwadzieścia pięć metrów. Przez chwilę, rozważam nawet teatralne wyjście lub ogólną manifestacje obrazy mojej osoby, ale i tak siedzę, jak wryta. Jak można być tak beczelnym? Czemu ta ździra prawie na nim leży, a mu to najwyraźniej nie przeszkadza, skoro śmieje się jak głupi? Marszcze brwi - gdzie te łapska kochanie? ‘To jest mój chłopak’ mam ochotę ryknąć, ale wtedy obok mnie pojawia się Louis.
- Zatańczysz? - Podrywam się ochoczo, bo skoro Styles się może bawić to i ja mogę. Tomlinson delikatnie mnie obejmuje. Jego uścisk jest zupełnie inny niż Harry’ego. Bardziej delikatny, ale zarazem stanowczy i silny, nie wiem jak on to robi… To chyba, przez to, że jest najstarszy i najbardziej przypomina z nich mężczyznę. Parskam cicho, przecież to Lou jest największym wariatem. Muzyka cicho leci w tle…
- Naprawdę prześlicznie dzisiaj wyglądasz - patrzę mu w oczy , w jego smutne szaro-niebieskiego oczy i dosłownie tonę w nich, niczym w morskiej wodzie… uśmiecham się promiennie.
- Nie wiem czy wiesz, ale już mi to mówiłeś dzisiaj … - szepcę, lekko zalotnym tonem.
Opieram mu głowę na ramieniu, w moich szpilkach jestem tego samego wzrostu co chłopak, dlatego muszę lekko się pochylić. Piosenka dobiega końca, a ja wcale nie chcę kończyć tego tańca.
- Jeszcze jeden? Ostatni raz, proszę?
Tomlinson nie puszcza mnie, w trakcie tej piosenki więcej rozmawiamy, wymieniając uwagi na temat spotkania, jestem mu wdzięczna, że tak starannie jak ja, unika tematu Harry’ego. Naprawdę przyjemnie się wreszcie przy kimś wyciszyć … przy kimś właściwie zupełnie obcym, kto mnie utulił i pozwolił się wypłakać, z powodu rozwodu rodziców, przy kimś kto mnie nie zna. Nie wiem skąd w tych chłopcach bierze się tyle ufności … Na koniec jednak szepce:
- Chyba dostanę porządny łomot od niego.
- Co? - pytam zdumiona.
- Nie zauważyłaś? Cały czas się na nas patrzy … Chyba udało nam się wzbudzić jego zazdrość. - uśmiecha się rozbrajająco. Tak, położono mnie na łopatki. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że może chodzić o wzbudzenie zazdrości. Ja po prostu chciałam z nim jeszcze raz zatańczyć, bo sprawiało mi to przyjemność i tyle. Na te parę minut zapomniałam o całej sprawie z Harry’m. Chyba miałam rację – on mnie zupełnie nie zna, nigdy nie wykorzystałabym kogoś jeszcze z takiego błahego powodu.
- No wiesz co - kręcę głową z dezaprobatą, a w kącikach oczu pojawiają mi się łzy - naprawdę uważasz, że tylko po to z Tobą tańczę? 
Wyrywam się z jego uścisku, chce pobiec do łazienki, aby wybuchnąć płaczem, lecz odwracam się i zmierzam w kierunku naszego stolika, zmieniam decyzję, bo gdybym tego nie uczyniła, musiałabym przejść obok Harry’ego.
Widzę Louisa, wychodzącego z Eleanor na zewnątrz, widzę głębokie spojrzenie znad ramienia Danielle, które należy do Liama oraz poruszenie wśród dziewczyn, gdzie siedział Zayn z Haroldem, jednak po nich samych nie ma śladu. W ten sposób przy naszym stoliku siedzimy, sam na sam z Niall’em. Zdaję sobie sprawę, że moje ostatnie zdanie wypowiedziałam za głośno, a raczej ryknęłam na pół sali. Horan zachęca mnie raz po raz do skosztowania jakiejś potrawy czy tortu. Wygląda na to, że jest zupełnie nieświadomy całego zdarzenia, o ile jakieś zdarzenie miała miejsce i nie jest to wytwór mojej wyobraźni. W głowie jakiś głos wrzeszczy: ‘Co ty do nich czujesz, dziewczyno? Co Cię opętało?!’. Blondyn chyba jednak nie jest taki głupi, jak się mi czasami wydaje, bo mówi z swoim fantastycznym irlandzkim akcentem, słowa pocieszenia. W innej sytuacji, pewnie przytuliłabym się do niego, ale mój wybuchowy charakter nakazuje czym prędzej wyżyć się na pierwszej napotkanej osobie i tylko czeka na byle jaki pretekst. Tym samym chłopak nakładając mi na talerz wielki kawał jakiegoś malinowego ciastka, przepełnia miarę. Podsuwa mi naczynie pod sam nos. Od słodkiego zapachu mdli mnie, a co dopiero myśl, aby to spożyła.
- Niall, czyś ty do reszty zwariował?! - patrzę na niego wściekła i zatykam usta dłoń odchodząc od chłopaka zamaszystym krokiem. To że przestałam, a raczej zaczęłam starać się kontrolować swoje odruchy … wymiotne, nie znaczy, że całkiem umiem je wyeliminować. Emocje potęgują się, jak nakładanie kolejnych warst kanapek Niall’a. Cieszę się, że przynajmniej nie zbluzgałam go kompletnie na co miałam dużą ochotę. Staję za ścianą, przy specjalnie przygotowanym salonie dla gości, w którym mogą chwilę odpocząć. Biorę kilka głębokich wdechów i wydechów i zmierzam ku łazience, aby się trochę odświeżyć. Jednak na mojej drodze czeka mnie jeszcze jedna, chyba już jedna z ostatnich niespodzianek dzisiejszej nocy, w postaci samego Zayn’a Malika. Wyrósł spod ziemi po prostu ni stąd ni zowąd.
- Cześć… możemy chwilkę pogadać? - proponuje, a ja nie mając innego wyjścia potulnie kiwam głową na znak zgody. Czego i on może ode mnie chcieć? Naprawdę mam na dzisiaj dość.
- Eva, przepraszam Cię, za wszystko. Zakopiemy topór wojenny i będzie dobrze? – wypala ni stąd ni zowąd. Na szczęście już takie nagłe zwroty akcji nie szokują mnie jak dawniej.
- Tak, tak, tak Zayn. Ja też Cię strasznie przepraszam - słowa same cisną mi się na usta, nawet nie myślę co mówię, moje serce doszło wreszcie dochodzi do głosu i chyba chce choć jedną sprawę załatwić dzisiejszego wieczoru pozytywnie. Czuję, że mój mózg się poddał na dzisiaj i nie ma siły na dalszą analizę każdego nic nie znaczącego szczególiku.
- Wiesz, że nigdy nie powiedziałabym nikomu o tym, wtedy straciłam kontrolę… - Rzucam mu się na szyję, odkrywam, że to jego uścisk przynosi mi spokój i ukojenie. Tak samo jak przynosiły to dłonie Styles’a i Tomlinson’a. Powinnam być bardziej zdecydowana. Parę łez kapie mi po policzku, ale balon, którym byłam, pęka i ulatnia się z niego całe powietrze. Odrywamy się od siebie, a mulat odgarnia moje włosy z czoła i łapie mnie za policzek. Ostatnią szczegół, który w miarę trzeźwo zapamiętuje, jest fakt, że jego dotyk nie należy do tych wymienianych, jedynie, pomiędzy przyjaciółmi. Potem wszystko dzieje się tak szybko. W jednym momencie nachyla się nade mną do pocałunku, przyciska swoje usta do moich i czuję jego ciepło, próbuję nie podać się temu uczuciu, jednak, gdy, mimowolnie, moje usta układają się w odpowiedzią na gest chłopaka, całą swoją siłą woli zmuszam się do oderwania się od niego. W następnym przypływie emocji walę go, po raz kolejny, z całej siły w policzek. Nie mogę stłumić łez, gdy biegnę przez całą salę, nie zauważam, a raczej udaję, że nie widzę, głów odwracających się na mój widok, ani nie zwracam uwagi na mimowolnych świadków całego zajścia w postaci kelnerów i niestety moich przyjaciół z One Direction. Z głośników dobiega mnie ryk Axl’a: 
*Don’t you cryyyyyyy tonight*
Przy następnych wersach moje serce rozpada się na miliony drobnych kawałków, niczym roztrzaskane lustro. 
*I still love you baby*
Ostatnie, szybkie już, spojrzenie, za ramię - łapię wzrok Harry’ego i Louis’a - widząc ich twarze, bolesny grymas wykrzywia moją i tak już mocno czerwoną twarz. Zbiegam parę schodów w dół, znajduję się na zupełnie pustej już ulicy i zdaje sobie sprawę, że nie zrobię, ani kroku więcej w tych za wysokich obcasach. Siadam niczym bezradna, mała dziewczynka i rozmasowuję obolałe i poodciskane stopy.
*Don’t you cry tonight
There’s a heaven above you baby* 

Trzęsącymi się rękami grzebię w kopertówce w poszukiwaniu iPhone’a i portfela, ale trafiam na jedną wielka pustkę. Rzucam torebką w wściekłości…
*And don’t you cry tonight*

XVII.


Następny tydzień był nie tyle wyczerpujący, dla mnie, co dla chłopców. Przez bite siedem dni siedzieli w mieszkaniu Harrego i Louisa i obmyślali najróżniejsze sposoby, jak efektownie i zarazem oryginalnie przedstawić mnie światu. Nie chcieli bowiem popełnić błędu, takiego jaki uczynili przy Eleanor, która ni stąd, ni zowąd pojawiła się u boku Louisa. Directioners przez to nie przyjęły jej najlepiej i po dziś dzień są jakieś niespodziewane złośliwości i nienawiść w stosunku do, Bogu ducha winnej, El. Danielle miała o tyle więcej szczęścia, że była z Liamem od samego początku, więc nikt nie zakładał, że spotyka się z nim tylko dla sławy czy pieniędzy. Wiadomo, zawsze dziewczyny, narzeczone czy żony sław wywołują dużo kontrowersji, ale można postarać się je zminimalizować. I właśnie taką strategie chcieli obrali chłopcy.
Ja natomiast przez ten czas siedziałam w domu i próbowałam ponadrabiać zaległości związane z historią Wielkiej Brytani i różnymi innymi zagadnieniami z którymi wcześniej nie miałam do czynienia podczas nauki w polskim liceum. Ponieważ postanowiłam, że zdam maturę w Anglii musiałam się wziąć w garść i postarać, tym bardziej, że egzaminy między semetralne zbliżają się nieubłaganie i pozostały jedynie dwa tygodnie do, swojsko nazywanej przeze mnie, ‘dead line’. Zakuwałam ostro, jeżeli tak można nazwać siedzenie po osiem godzin nad książkami, z małymi tylko przerwami, żeby nie stracić resztek koncentracji. Niestety ósmego dnia - w piątek, kiedy już większość podręcznika miałam przerobioną i gdy zostały mi tylko codzienne powtórki, mam tak dość, że postanawiam niezwłocznie ogarnąć swój wygląd, zwinąć manatki i jechać do ‘rezydencji Larrego’. 
Kręcę włosy w delikatne fale, robię zwykły makijaż, jedynie lekko podkreślam oczy czarną kredką i zakrywam masą pudru zmęczoną cerę. Zakładam zwiewną czarną bluzkę, na to ubieram koszule jeansową, do tego leginnsy i Conversy. Idealnie.
Wysyłam do członków One Direction esemesa z informacją, że do nich jadę i z zapytaniem czy czegoś nie potrzebują.
Z tego co wiem, siedzenie w jednym miejscu i myślenie (co w ich przypadku może być rzeczywiście trudne), też może wykończyć człowieka, tym bardziej, że zabierali się przy okazjii za pisanie nowej piosenki i zarysem kolejnej płyty.
Po kilki chwilach dostaję zrozpaczone wiadomości, od kolejnych członków zespołu. Brzmią one następująco:
Niall: ‘Błagam o jedzenie. Największy zestaw z McDonald’s może? xx Nialler ‘
Louis: ‘Weeeeeeź ich stąd po prostu!!!’
Liam: ‘Czekamy :) x’
Harry i Zayn: ‘Butelkę piwa?’
Kręcę głową, gdy z niedowierzaniem czytam ich wiadomości. Chyba jest naprawdę źle. Dlatego czym prędzej zabieram torebkę i pędzę taryfą do najbliższego fast fooda, a potem, poganiając kierowcę, jedziemy do chłopaków. 
Wpadam do ich mieszkania jak burza z rozwianymi włosami i trzema papierowymi torbami żarcia oraz lemoniadą z rumem pod pachą. Nie zamierzam znosić smaku piwa, więc kupiłam Breezery, żebyśmy mogli się napić, a nie upić. Wtedy dopiero przypominam sobie, że od paru dni prawie nic nie jadłam, co pewnie widać na moich zapadniętych policzkach, pochylam więc głowę, bo nie mam ochoty na awanturę. Jednak nikt nie zwraca na to uwagi tylko przekrzykując między sobą powitania proszą o ratunek. Uciszam ten cały harmider - wrzeszcząc.
- No, macie jedzenie i cicho. Boże … ile wy tutaj siedzicie? Te ubrania, fryzury … - Dosłownie nie wiem co powiedzieć. Zamurowało mnie kompletnie. Są zaniedbani i lekko brudni, w takim stanie ich nie widziałam, ale jak widać jest jeszcze dużo przede mną. Jedynie Zayn ma starannie zaczesane włosy, a Harry czysty podkoszulek. 
- Po kolei każdy mówi co ustaliliście. - kontynuuję, gdyż muszę uporządkować wszystko po kolei. Jednak zamiast wydusić z siebie jakieś dźwięki patrzą na mnie z konsternacją. Sytuacja w sumie zaczyna być komiczna. - No nie mówcie…
- Okej, mamy dużo pomysłów, ale chyba każdy następny jest coraz gorszy. - mówi Liam.
- Serio nie wiemy jak chcecie to zoorganizować - kończy Zayn. Wgapia się we mnie tymi swoimi dużymi ciemnymi oczami, tak, że muszę przenieść wzrok w drugi kąt pokoju. Odkąd spoliczkowałam Zayna sytuacja miedzy nami z pozoru wygląda dobrze, jednak dalej chowamy do siebie urazę. Wynika to z mojej urażonej dumy i groźby, którą nieopatrznie wypowiedziałam i która wisi jak topór pomiędzy nami. Lustruję go jeszcze raz, przelotnie wzrokiem i wracam do nurtującego tematu.
- Hm… a może nich sprawy potoczą się własnym torem? Nie ukrywajmy się, ale też nie przesadzajmy? Harry oznajmi to jakoś fanom i tyle - proponuję. Od paru dni, za każdym razem, kiedy zastanawiałam się na rozsądnym rozwiązaniem przychodziło tylko to, wiec jak mogłabym nie zaproponować oczywistego?
Harry wstaje i całuje mnie w policzek. 
- Widzicie w pięć minut mamy rozwiązanie, teraz możemy iść spokojnie na Coldplay’a. - oświadcza loczek i przytula mnie.
- Hej! Przecież ja i Louis też tak uważaliśmy! - ciągnie Niall, ale ja już go nie słucham, bo kompletnie mnie, znowu, zatkało. Czy Harry powiedział właśnie, że idziemy na koncert Coldplay? Na ten koncert, który odbywa się dzisiaj w Emirates Stadium?
- Ty serio mówisz? - wypalam, bo nie mogę dłużej bić się z myślami.
- No tak, wiesz, to pisanie na twitterze to nie jest zły pomysł … - ciągnie Liam. Jezus Maria, ja z nimi zaraz szału dostanę lub cholery albo czegoś w tym stylu. Przecież ja nie o tym mówię, kieruję wzrok w stronę Stylesa. Na szczęście chłopak doskonale wie o co mi chodzi.
- Idziemy na koncert Coldplay’a! Tak, nie żartuję! - patrzę na niego wielkimi oczami, najwyraźniej jestem tak zdziwiona, że musi potrząsnąć za moje ramiona, żebym się opamiętała. Ale nie wierzę. Za dużo tego spełniania marzeń jak na miesiąc. Kto by pomyślał cztery tygodnie temu, że poznam One Direction, stanę się dziewczyną seksownego Harrego Stylesa i jeszcze udam się na koncert ulubionej kapeli? Kręcę głową ze zdumiania, ale rzucam się chłopakowi na szyję.
Parę godzin później dalej trwałam w swoim ‘amerykańskim śnie’. Wesoło podrygujemy do rytmów z albumu ‘Mylo Xyloto’. Potem Harold ciągnie mnie za kulisy. Ściskam jego dłoń tak mocno, że palce mu sinieją, ale nie ulega wątpliwości, że on też jest dość podekscytowany. Jak się okazało, Coldplay jest też jego ulubionym zespołem i na dodatek też pierwszy raz widzi ich na żywo. Wchodzimy do zatłoczonego korytarza. Gdy wreszcie zauważam Chris’a, Guy’a, John’a, Will’a, którzy stoją niecałe trzy metry ode mnie, kręci mi się w głowie. Nigdy nie sądziłam, że stanie się coś takiego, że ich spotkam. Uśmiecham się uroczo, podpisują mi się na swoich zdjęciach, rozmawiamy - krótko, bo krótko, ale zawsze. Wszystko jest takie nierealne. Ja, Eva Vermont, dziewczyna, krótko mówiąc - nieudana, z chodzącym za nią maniakalnym pechem i ściągająca na ludzi same nieszczęścia - w garderobie członków Coldplay. Guy kładzie mi rękę na biodrze, Will staje z drugiej strony, a po bokach dołączają się do wspólnego zdjęcia pozostali mężczyźni. Uśmiecham się uroczo, żeby wyjść jako tako, choć i tak wiem, że zdjęcie będzie wyglądało jak zawsze. Czyli piękni ludzie wokół mnie i słodkie dziecko w środku. Harry też robi sobie podobne zdjęcia, a potem prosi, żebym jeszcze raz do nich dołączyła. Przechylam głowę do jego torsu i uśmiechając się - tym razem nie, aż tak sztucznie, modlę się, żeby Harry nie zrobił takiej samej miny, jak na każdym zdjęciu robionym z fankami, którzy dopadają go z zaskoczenia. Nienawidzę totalnie, tego, jego wymuszonego uśmiechu, który widzimy na licznych zdjęciach, kiedy podczas zakupów, na przykład w Tesco, dopadają go rozwrzeszczane nastolatki i bliskie płaczu błagają o wspólne zdjęcie. Mój Harry, jakkolwiek to brzmi, gdy jest szczęśliwy (a przynajmniej zdaje się być) uśmiecha się zupełnie inaczej. Mruży lekko oczy, jego dołeczki w policzkach podnoszą się i promieniuje zadowoleniem. Podnoszę oczy, żeby kosztem, nawet nieudanego zdjęcia, zobaczyć jego minę. Ich jest w dobrym nastroju.
* * *
Przechodząc do samochodu dopadają nas dwie, na oko czternastoletnie, dziewczyny, które chcą autografy. Patrzą na mnie z wyraźną niechęcią, ja jednak stoję z boku i nie biorę udziału w dyskusji, dopóki, dopóty krępa dziewczyna o ciemnych włosach nie wykrzykuje:
- Boże ty jesteś Eva Vermont! Jak byłam mała uwielbiałam Cię! Możemy zrobić sobie zdjęcia? -
Wow, no to mi nieźle pocisnęła. Nie sądziłam, że ktoś jeszcze, na tym Bożym świecie, mnie pamięta. A jednak, koleżanki tej dziewczyny, zamiast w dalszym ciągu zajmować się Stylesem, odwracają się i mnie przytulają, pytając jak się miewam i co u mnie słychać. Naprawdę czuję się szczęśliwa, aż kłuje mnie w sercu, gdy przypominam sobie, że te wszystkie dziewczyny były moje. Znaczy uwielbiały mnie, a ja ich całkowicie zostawiłam. Zniknęłam z ich nastoletnich, wiernych serc, zostawiając je bezgłośnym i smutnym pytaniem ‘Co się z nią stało?’. Co prawda po paru miesiącach sprawa ucichła, lecz nikt nie doczekał się odpowiedzi na nurtujące pytania, gdzie się podziałam. Tak, byłam i jestem nadal wdzięczna tacie, za uratowanie mnie przed karierą kolejnej gwiazdki Disney’a, za uświadomienie mi kim jestem i czym powinnam się zajmować. Uratował mnie przed masą wody sodowej, zamiast trzeźwo myślącego mózgu i uratował mnie przed stoczeniem się w narkotykową przepaść. W której tak czy owak kończyły takie jak ja. Przykro mi było wtedy tylko z jednego powodu, był nim bowiem fakt, że zostawiam moje, o dwa lata starsze, najlepsze przyjaciółki Demi i Selenę i słodkiego Nicka Jonasa, razem z braćmi, za którymi szalałam, a którzy nigdy nie mogli być moi.
Wracamy z Harrym w jego samochodzie, a ja dalej jestem daleko w swoich rozmyślaniach. Z tego stanu wyrywa mnie dopiero gwałtowne szarpnięcie. Stoimy przed budynkiem, w którym znajduje się moje mieszkanie. Patrzę na lekko zdołowany wyraz twarzy Harrego.
- Przepraszam Cię bardzo, że się nic nie odzywałam. Zamyśliłam się… wiesz te dziewczyny, to mnie zaskoczyło. No daj spokój… - jego mina mówi sama za siebie, że nie jest zadowolony.
- Inaczej sobie wyobrażałem ten wieczór, ale odkąd wyszliśmy nie odzywasz się ani słowem… Wiem, że się zdenerowałaś, ale… - reflektuje się - Chcesz o tym pogadać?
Uśmiecham się, chłopak najwyraźniej nie należy do tych co chowają długo urazę, przynajmniej jeżeli chodzi o błachostki. 
- Wejdziesz na górę? - uśmiecham się słodko.
Siedzimy w fotelu, a Harry dodaje zdjęcie na twittera z dzisiejszego koncertu. Próbuje mu wyrwać iPhona, ale on mi go nie podaje. Chce mnie w ten sposób zmusić, żebym zalogowała się na swojego twittera. Ja jednak nie wiem czy to najlepszy pomysł, używałam swoje ‘verified accounts’ tylko czasami i to tylko do pisania niezrozumiałych postów. Harry każe mi pomyśleć i sam idzie do łazienki wziąść prysznic. Zostaję sama w salonie. Widocznie usypiam na chwilę, gdyż budzi mnie dźwięk esemesa. Podrywam się jak oparzona i sprawdzam telefon. Wiadomość, a raczej ememes z nieznanego numeru, a na nim widoczne zdjęcie mojego naszyjnika z medalikiem na którym wyryta jest moja grupą krwi. Odruchowo łapię się za szyje, ale łańcuszka na niej nie ma. Wpatruję się przerażona w ekran, a w głowie dźwięczy mi dopisek ‘Chyba coś zgubiłaś, słoneczko’.

XVI.

Widzę Harrego i podbiegam do niego lekko, niczym rusałka. Cały świat wiruje, gdy okręca mnie wokół siebie, a ja zamykam oczy i pozwalam mu robić z moim ciałem co chce. Puszcza mnie w końcu, ale nawet wtedy nie pozwala oddalić mi się chociaż na centymetr, delikatnie przyciąga mnie do siebie i obejmuje moją twarz. Głaszcze mnie po policzku, a ja tonę w jego zielonych i wielkich oczach. Po chwili szczypię go w brzuch delikatnie, doskonale wiem, że ma tam łaskotki robi ze mną to samo, a ja raz za razem wybucham głośnym śmiechem. Dobrze, że nikt nas nie widzi i mamy wreszcie odrobinę prywatności. Nie, to nie jest sen ani moje marzenia. To jest rzeczywistość, jest dobrze po pierwszej w nocy i umówiłam się z moim chłopakiem na nocną schadzkę w Green Parku. Zupełnie jakbyśmy byli nastolatkami uciekającymi z domu, choć właściwie, to trochę tak jest.
Gwiazdy dzisiejszej nocy pięknie migoczą, a niebo jest bezchmurne, więc kładziemy się na trawie, lecz nie mogę usiedzieć w miejscu. Nawet gwiazdy nie przyciągają mojej uwagi na długo.
- Wykąpiemy się tam? - szepczę zawadiacko wskazując na pobliskie jezioro, a raczej sztuczny akwen wodny. Harry nie czeka długo, przewiesza mnie sobie, jak worek ziemniaków, przez ramię i niesie w stronę stawu. Błagam go żeby mnie puścił, ale on tylko się śmieje. Próbuję go przekonać, że żartowałam, ale jest już za późno, gdyż jestem na wysokości kilku centymetrów od wody. Uwieszam się szyi bruneta, a nogami ściskam jego plecy i mamroczę, że albo zostaniemy na brzegu, albo pójdziemy razem na dno. Chłopak przechyla się jeszcze bardziej i wtedy wciągam go za sobą w głębiny. Moja definicja głębin w tym wypadku wynosi niewiele ponad półtora metra, który tak czy inaczej wystarcza abyśmy myli cali mokrzy. 
- Harry, ty wariacie! - Pluskamy i chlapiemy się tam chwilę, ale zaczynam dygotać z zimna. Najwidoczniej mój towarzysz to zauważa, bo otacza mnie ramieniem. Stoimy po kolana w lodowatej, brudnej wodzie, ale nie przeszkadza mi to, żeby poczuć jego ciepło i bliskość. Później siadamy na brzegu, a Harry narzuca na moje ramiona swoją bluzę, która jest równie mokra jak i my, jednak trochę grzeje. Opieram mu głowę na ramieniu, chłopak kombinuje coś z moimi włosami, wkrótce rozumiem, że wyciąga z nich same trawska i glony. Czuję się naprawdę szczęśliwa, dawno nie odczuwałam takiej beztroski jak dzisiaj. Naprawdę nie nudzę się w jego towarzystwie, mogłabym tak siedzieć z nim do końca życia i milczeć i wiem, że nigdy nie chciałabym przestać.
- Mała… muszę Cię o coś zapytać. - zaczyna Styles niepewnie.
- Hm? - Nie mam siły mówić, nic więcej. Obserwuję go niczym przyczajony lisek.
- Media spekulują na nasz temat … Znaczy na temat mojej tajemniczej dziewczyny - uśmiecha się jak zawsze zniewalające, a w świetle księżyca jego dołeczki w policzkach pociągają mnie jeszcze bardziej, niestety nie mogę się skupić na jego słowach, dopiero po chwili zwracam na niego uwagę - Chciałabyś, żebym przedstawił Cię światu?
Otrząsam się, ze swoich marzeń i wracam na ziemię. A raczej uderzam o nią, jakby spadła z dziesiątego piętra. Czy ja się nie przesłyszałam? Czy on naprawdę chce się wszystkim mną pochwalić i oficjalnie potwierdzić nasz… ‘związek’? Nie spodziewałam się tego zupełnie. Jednak cieszę się, bo oznacza to, że traktuje mnie poważnie.
Siadam tak, żeby patrzeć mu w oczy, mam nadzieje, że mój wzrok wyrazi wszystko co teraz czuję, bo głos uwiązł mi w gardle. Wreszcie chrypię:
- Ty naprawdę coś do mnie czujesz. - Harry patrzy na mnie zdezorientowany, ale wyznałam mu prawdę. Nie wierzyłam nigdy, że ktoś może mnie pokochać … znaczy polubić. Nie wiem jak określić to uczucie, które nas łączy, ale nigdy tego nie przeżyłam. Nigdy nie byłam dla nikogo ważna tak jak jestem dla niego, a przynajmniej czuję, że jestem. 
- Niech cały świat się dowie, że jesteś moja.
Nachylam głowę do niego i łaczę jego czoło w moim, nosy także się nam stykają, ale nie był to mój zamierzony efekt. Chłopak przybliża się jeszcze bardziej, a nasze usta się wreszcie łączą. Jego ciepło powoli rozchodzi się po całym moim ciele, czuję go, aż po same czubki palców. Przystawia głowę obok mojego ucha i czując jego oddech na karku, słyszę:
- Czyli zgadzasz się? Pozwalasz mi się Tobą zaopiekować?
- Mhmm…
Tej nocy nie jestem sama. Harry leży ze mną w łóżku, rozmawiamy o nas, o przyszłości, także o przeszłości. Nie ukrywam przed nim nic, staram się być szczera, na szczęście niektóre tematy nie ranią mi tak bardzo serca tej nocy. Wściekłość czy bezsilność powoli mnie opuszcza, bo wreszcie ktoś wie co czuję. Opowiadam mu o tym jak Piotrek przedawkował narkotyki, jak widziałam jego reanimacje i jak wrzeszczałam z bólu z kiedy odciągali mnie siłą od zwłok. Jak po jego śmierci czułam się samotna, jak nie mogłam wybaczyć sobie tego wydarzenia i jak obwiniając siebie, próbowałam wynajdować coraz to nowe sposoby, aby zapomnieć o cierpieniu. Oglądanie śmierci najlepszego przyjaciela było największą traumą w moim życiu, ale Harry spokojnie słucha i ociera łzy kapiące mi po policzkach. Wreszcie kamień, który ciążył mi w żołądku maleje, a ze mnie schodzi powietrze jak z balonika. Potem zapada cisza i tylko splatamy swoje dłonie, żeby potem je rozłączyć i znowu zaczynamy cały cykl od nowa - takie zwykłe gesty, a znaczą dla mnie dużo. Kiedy w końcu zasypiam, koszmary nie dręczą mnie jak co noc. Silne ramiona chłopaka oplatają moje drobne ciało i chronią przez złymi mocami. Dobrze, że nie wiem jaka czeka mnie przyszłość, w tym momencie zapominam o całym świecie. Liczy się tylko brunet leżący u mojego boku i całujący mnie czule w czoło.

XV.

- Płaci Pani czterdzieści funtów. - Kurdę, czy ja mam coś ze słuchem? A racja, jednak nie - tyle się płaci za taksówkę, jeżeli wozi Cię od Stratford Centre aż po Westfield London Shopping Centre, czeka, a następnie zawozi za miasto do rezydencji Larrego. Tak, Harry i Louis wreszcie przeprowadzili się do wspólnego apartamentu, a ja cały czas o tym zapominam. Dlatego za każdym razem jak chcę odwiedzić chłopców to najpierw jadę w zupełnie inną stronę miasta, czyli tam gdzie wszyscy razem wynajmowali dom i gdzie parę tygodni temu poznałam ich razem z Panią Malik. Niestety dopiero po paru kilometrach ogarniam, że znowu pomyliłam adresy.Jednak z każdym dniem moje przyzwyczajenie odchodzi w nie pamięć, tak jak dzisiaj gdy bez wahania wypowiedziałam odpowiednią ulicę i w ten sposób oszczędziłam dodatkowe piętnaście funtów.
Wręczam taksówkarzowi banknot i wysiadam, próbując utrzymać swoje ciało w pionie. Jest to trochę trudne, gdyż stoję na piętnastocentymetrowych, nowiusieńkich szpilkach od Christiana Louboutina. Wiem, że wyglądam w nich zabójczo, z resztą co się dziwić, były moim marzeniem odkąd skończyłam siedem lat. Czerwona, niezwykle kusząca podeszwa śniła mi się nocami (oczywiście oprócz tych dni, kiedy miałam koszmary), aż wreszcie doczekałam dnia, kiedy stały się moje. Chwiejąc się lekko, zmierzam do bramy, w której wita mnie Johnny - mężczyzna o promiennym uśmiechu, który pracuje w tych dość luksusowych apartamentach, jako ochroniarz. Na szczęście oprócz wykonywanej pracy, jest dość uczynnym człowiekiem dlatego bierze odemnie, trzy pudełka, małe pakunki oraz mase papierowych toreb, w której znajdują się moje zakupy. Jedziemy windą i gdy dochodzę do mieszkania wszystko stawia na ziemi dookoła mnie. Uzgodniliśmy z Paulem, że dla zachowania prywatności chłopców, nie będziemy wpuszczać nikogo obcego do ich mieszkania. Otwieram drzwi, przechodzę do jeszcze nie dokońca urządzonego, salonu i padam na kanapę. Wnętrze niezbyt zmieniło się od mojego ostatniego pobytu tutaj, oprócz piłkarzyków do gry, które zajmują teraz honorowe miejsce na środku pokoju, jestem niesamowicie z nich dumna, gdyż była to moja niespodzianka. Wiem, że chłopcy dokładnie chcieli takie kupić, lecz ich uprzedziłam i pewnego wieczoru jak siedziliśmy wszyscy razem z Eleanor, kurier zapukał do drzwi i oznajmił, że dostali prezent. Bezcennym widokiem były ich najpierw zaskoczone miny, a potem radość jaką mieli przy rozpakowywaniu i składaniu zabawki. Nie myślcie sobie jednak, że kupiłam jakieś dziadostwo, bo niczego innego bardziej nie lubię, niż rzeczy, które zaraz się rozsypią. Tak samo jak z moimi butami: mogłabym kupić trzydzieści par, ale kupiła jedną, porządną i mam pewność, że wytrzymają długie lata.
Oglądam stosy sukienek, bluzek i t-shirtów kupionych w Primarku, Zarze, Hollisterze i innych tego typu sieciówkach, krótko mówiąc w każdej która stanęła na mojej drodze. Najbardziej jestem jednak z dumna z moich ubrań sportowych, które zakupiłam dzięki pomyśle Nialla o wspólnym chodzeniu na siłownie. Rozumiecie, muszę jakoś wygladać przy chłopcach, a poza tym lubię czuć się zadbana. Broń Boże, nie jestem jakąś próżną laleczkę, ale chyba nikomu raz na czas nie zaszkodzi sprawić sobie małą przyjemność… Znaczy w moim wypadku dużą przyjemność… mniejsza z tym.
Chłopcy mieli dzisiaj rano jakieś nagrania w studio i wiem, ze do ich przybycia zostało mi trochę czasu, dlatego przebieram się w obcisłe leginnsy - odprowadzające ciepło, skąpą koszulkę na ramiączkach, na nogi wkładam nowiutkie malinowe buty do biegania i w ręce trzymając iPoda, wychodzę przed budynek. Bieganie wydaje mi się takie wspaniałe, jako dziecko zawsze podziwiałam ludzi, w dresach, którzy niezależnie od pogody pokonywali określony dystans. Teraz ja mam zamiar dołączyć do takiej rodziny. Obmyślam w głowie trasę po okolicznych ulicach i ruszam truchtając. Niestety nie jest to takie łatwe jakby się wydawało, po dwudziestu minutach, nie mam już tlenu w płucach, a serce wali jakby miało mi wypaść z klatki piersiowej, a ostry, kłujący ból z prawej strony daje o sobie znać tak, że nie dam rady dalej. Siadam na schodkach i próbuję uspokoić organizm. Siedzę parę minut i identyfikuje objawy z jakimi się zmagam, nie wydolność serca, a raczej zbyt małe możliwości przepływu krwi, jak na duży wysiłek fizyczny, ból z boku jest zapewne kolką wątrobową - ogólnie brak jakiejkolwiek kondycji. Uśmiecham się do siebie, gdyż przypomniałam sobie, jaką radość sprawiało mi rozwiązywanie różnych spraw medycznych i sama nauka biologii. Teraz, kiedy codziennie od rana przychodzą do mnie, na zajęcia różni korepetytorzy i nauczyciele, nie mam zbytnio czasu, aby zastanawiać się dłużej nad przedmiotami sprawującymi mi przyjemność. Jak automat wstaję rano, po około pięciu godzinach kończę, uczę się trochę czy pisze zadane eseje i jadę spotkać się z Harrym. Wiem, ze nie mogę żyć teraźniejszością, dlatego myślę o przyszłości i nie opierałam się, gdy zaproponowano mi indywidualny tok nauczania. Tak na marginesie takie domowe lekcje, nie różnią się wiele niż te w szkole, oczywiście jesteś sam na sam z nauczycielem, który zawsze Cię odpytuje z zadanego materiału, ale nie przeszkadza mi to tak bardzo, gdyż mam dodatkową motywację do nauki. Oprócz tego - wiadomo - są nudniejsze i ciekawsze tematy, a licealne życie w Londynie polega głównie na imprezowaniu niż na nauce, więc więcej zyskuję niż tracę. 
- Cześć, co tu robisz? - Podnoszę wzrok i widzę uśmiechniętą twarz Liama.
- Hej, jak dobrze Cię widzieć! Biegałam… ale teraz chyba nie dam rady wrócić - ożywiam się i oboje wybuchamy śmiechem. Chcę przytulić się do niego, ale lekko odpycha mnie ręką. Patrzę na niego zdziwiona.
- Przepraszam, ale wiesz mogą tu się czaić gdzieś fotoreporteży, a chyba chce uniknąć rozgłosu. Patrzę na niego zdziwiona.
- Chyba nie możemy się ukrywać przez całe życie. No dalej Liam! Co to za świat w którym nie możesz przytulić przyjaciela?
Czuję się urażona, nie chodzi o to, że nie rozumiem, że mogę im zaszkodzić, ale o to, że, jak dla mnie, wygląda to tak, jakby się mnie wstydził. Brunet najwyraźniej odczytuje moje odczucia, bo przytula mnie mocna i szepcze przeprosiny.

XIV.


*dwa tygodnie później*
Stoję w jakiejś ciemnej uliczce, nie wiem co tutaj robię, ale wiem, że muszę iść dalej przed siebie. Nie mam butów ani żadnej torebki, włosy natomiast mam zaplecione w warkocz. Ubrana jestem tylko w cienki długi sweter - dygoczę z zimna. 
Nagle parę przecznic dalej słyszę głośny wrzask, ktoś mnie woła, ktoś chce żebym mu pomogła. Głos znowu rozrywa przenikliwą ciszę i już wiem do kogo on należy. Powstrzymuję się, żeby nie pisnąć z przerażenia i biegiem zmierzam w odpowiednim kierunku. Nie zważam na kamienie i śmieci, które brudzą i ranią moje bose stopy. Wiem tylko, że muszę zdążyć przed czasem. Wiem, że muszę go uratować. Niestety nagle z przecznicy obok wyłaniają się mężczyźni w obdartych ubraniach z butelkami alkoholu w rękach, odwracam się, ale otaczają mnie. Puszczam się biegiem, gdyż chcę ich jakoś ominąć, lecz za sobą słyszę warkot silnika - dalej jestem ścigana, tym razem przez czarny samochód jadący prosto na mnie. Uciekam jeszcze szybciej jednak czyjeś, ciemne ręce wyciągają się ku mnie i wpychają mi do buzi jedzenie, pluję nim na wszystkie strony, chce wymiotować, ale wtedy ktoś mocno uderza mnie kijem w głowę. 
Teraz znajduję się w zadymionym pomieszczeniu, nie mogę oddychać przez dym unoszący się dookoła, w kącie siedzi mój najlepszy przyjaciel Piotr, wciąga jakiś biały proszek. Błagam go, żeby przestał, ale on tylko patrzy na mnie przekrwionymi oczami i wybucha szyderczym śmiechem, nienawidzę tego, nie chcę, żeby mnie traktował jakbym była zerem. Próbuję wyrwać mu z dłoni woreczek z prochami, jednak on wykrzykuje straszliwe obelgi w stosunku do mojej marnej osoby. Jednak gdy wskazuje coś palcem za mną, odwracam się. Na głowę spadają mi banknoty, są to: dolary, euro, funty, jeny, złotówki, lewy, a nawet franki szwajcarskie. Wpadam w obłęd, odwracam się i widzę mojego przyjaciela leżącego martwego na ziemi. Ma otwarte oczy, patrzące prosto na mnie. Krzyczę najgłośniej jak potrafię, potrzebuje pomocy, lecz nikt się nie zjawia. Pochylam się nad Piotrkiem, chce go ratować, niestety wiem, że jest za późno. Kaszlę jak opętana, a oczy mam załzawione nie tylko z rozpaczy, ale także przez gaz unoszący się w powietrzu, próbuję otworzyć okno, ale tylko szamocę się z klamką bezskutecznie. Patrzę na dół, gdzie w popiołach po pierwszym budynku widzę grupkę ciemnoskórych mężczyzn. W środku stoi meżczyzna łudząco podobny do Zayna, ale jest o wiele starszy. Wrzeszczę ze strachu… to koniec. Budynek zawala się, a ja zostaję przygnieciona stosem cegieł. Najgorsze jest jednak przede mną. Parę metrów od siebie widzę Harrego, jego przyjaciół i moich rodziców nieżywych. To ponad moje siły, próbuję przewrócić się na drugi bok i wtedy uderzam mocno o podłogę.
Otwieram oczy. 
Jestem w swoim pokoju, rozglądam się dookoła i ogarniam wzrokiem całe wnętrze. Łóżko z którego przed chwilą spadałam znajduje się w strasznym nieładzie. Po parkiecie dookoła mnie leżą porozwalane poduszki, a kilka metrów dalej widzę swojego iPhone’a z roztrzaskaną obudową. W normalny dzień, wstrząśnięta takim pobojowiskiem, zamknęłabym z powrotem oczy, ale boję się, że koszmar senny znów powróci. Dlatego wpatruję się w żyrandol na suficie, które mieni się w promieniach słońca. Powoli odzyskuję spokojny oddech, a moje serce wraca do zwykłego rytmu. Podnoszę się i postanawiam posprzątać. W ciągu dwóch tygodniu od wyjścia ze szpitala trochę się u mnie pozmieniało. Dostałam własne mieszkanie, który wygląda naprawdę obłędnie. Ma dwie, duże sypialnie, salon, kuchnię, ‘gabinet’ i trzy łazienki. Wreszcie czuję się, że żyję w luksusie. Jednak wbrew pozorom, nie stałam się rozpieszczoną celebrytką, rodzice co prawda prześcigali sie w pomysłach dotyczących zatrudnienia sprzątaczki, gosposi, kucharki czy nawet osobistej au pair, lecz wszystkie te propozycje nie zostały zrealizowane. Póki mam dwie ręce i nogi mogę wykonywać wszystko sama… teraz z małą pomocą. Gips ściągną mi dopiero za tydzień, na szczęście do tego czasu pomagaja mi Harry - mój chłopak, jak się okazuje, Lou, Liam, Niall a nawet Zayn oraz ich dziewczyny. Chłopcy w zamian za zachowanie milczenia w stosunku do lekarzy, postanowili codziennie od rana do wieczora pilnować mnie i jeść ze mną wspólnie trzy posiłki - obowiązkowo, a czasem nawet wmuszają we mnie więcej. Godzę się na to tylko dlatego, bo uznaje, że naprawdę przejmują się moim losem i naprawdę zależy im na mnie. Dlatego od dwóch tygodni jem regularnie, a nawet ćwiczę, żeby utrzymać odpowiednią wagę. Nie tyję ani nie chudnę, więc uzyskaliśmy swoisty kompromis. 
Jedynym problemem są koszmary, które od wyjścia ze szpitala dręczą mnie co noc. Właściwie zawsze są takie same, niestety za każdym razem przeżywam je równie dotkliwie jakbym śniła pierwszy raz. Przeszłość właśnie w taki sposób mnie prześladuje. Na każdym etapie mojego życia, pojawią się moment w którym senne zmory wracają do mnie jak bumerang, nieważne co się dzieje, po prostu wracają. Najczęściej są podobne, jednak niektóre elementy zmieniają się i z czasem zanikają, kiedy powoli o nich zapominam. Lecz po paru latach wracają, dlatego nawet jak bardzo bym chciała nie umiem zapomnieć o przeszłości. Najczęściej te sny rozumiałam, gdyż dotyczyły problemów z którymi się zmagałam. Jednak teraz jednego elementu za nic nie umiem wytłumaczyć, chodzi mi bowiem o ciemna uliczkę i pędzący za mną samochód. 
Wtłaczanie mi jedzenia do gardła oczywiście oznacza moje problemy z wagą, a walący się budynek, w którym jestem uwięziona, również jest mi dobrze znany. Niestety przykro mi widzieć raz za razem scenę śmierci Piotra, po przedawkowaniu narkotyków. Tak samo z ciężkim sercem widzę trupy rodziców i Harrego. Wiem, że ten element pojawia się tylko i wyłacznie dlatego, iż w tym momencie są to mi najlbliższe osoby i boję się ich utracić. Co z resztą już się stało w przypadku mamy i taty, natomiast z Hazzą (tak nazywają Stylesa chłopcy) zbliżyliśmy się jeszcze bardziej przez ostatnie dni. Poznajemy się powoli i stopniowo, a więź, którą zbudowaliśmy już na samym początku naszej znajomości znacznie mi to ułatwia. Ucieszyła mnie także wiadomość, że tej felernej nocy nic więcej się między nami nie zdarzyło i jedyne co miała miejsce to spanie, w ubraniach, obok siebie. Żałuję, że nie pamiętam więcej detali z tego wieczoru, może one pomogły mi rozwikłać zagadkę pędzącego Land Rovera ze snu. Gdyż dręczy mnie to okropnie.
Idę do łazienki i myjąc zęby podskakuję w rytm muzyki z słuchawek. Potem wiążę włosy w luźne koka na czubku głowy, delikatnie pudruję policzki i nakładam tusz do rzęs. Ubieram się w luźną ciemną bluzkę z wielkim napisame ‘Ramones’ i jasne, jeansowe, krótkie spodenki. Do tego czarne Vansy i takiego samego koloru torebka.
Schodzę po schodach do kuchni w której siedzi Louis przy filiżance kawy. Zapewne przyszedł już dawno i czeka, a ja zaspałam. Obok na stole, leży telefon i klucze. Tak, klucze od mojego mieszkania, którymi otworzył sobie drzwi. I tak, dałam obcej piątce facetów moje klucze. Jakoś nie obawiam się napadu rabunkowego, ani gwałtu z ich strony. Choć z tym ostatnim nie jestem taka pewna… choć gwałt za zgodą nie jest już gwałtem. Jeśli wiecie o co mi chodzi oczywiście. Brr, znowu zboczone myśli.
Daję Louisowi całusa w policzek i przytulam mocno.
- Czy na górze jest Harry? Słyszałem podejrzane wrzaski… - oznajmnia, a ja wybucham głośnym śmiechem. Doskonale wie, że mam koszmary, ale nie przeszkadza mu to, żeby pożartować. Na szczęście wcale mi to nie przeszkadza, jestem wręcz wdzięczna za rozweselenie mnie od rana.

XIII.

Ocknęłam się parę minut temu. Słyszę obok siebie ciche posapywanie, za pewne jestem z kimś w sali. Wiem też, bez otwierania oczu, że jestem w szpitalu, gdyż słyszę równomierne pikanie aparatury. Poruszam najpierw lewą ręką w której umieszczony mam weflon, a do niego podpięta jest, za pewne, kroplówka, teraz czas na prawą rękę. Pamiętam dokładnie wszystko, co dziwne, mimo, że straciłam przytomność ocknęłam się na chwilę, gdy Louis trzymał moją głowę i dzwonił po karetkę. Pamiętam strach w jego oczach i wiem, że powinnam zaraz do niego zadzwonić i podziękować za kolejne uratowanie życia, tym razem bardziej serio. Wiem też, że pojawił się obok mnie Zayn ze zbolałą miną. Najwyraźniej sprawiłam mu trochę bólu, gdyż cały policzek miał opuchnięty, tak, że jego lewego oka prawie nie było widać. Przynajmniej w tej części bitwy zwyciężyłam, bo ogólnie to całą walkę przegrałam. Jestem w szpitalu, bo zemdlałam. Stało się to, dlatego, że jestem osłabiona, że nie jem. Zayn kolejny raz miał rację. Nieważne czy jest wstawiony czy jak najbardziej trzeźwy. Zawsze ma rację i już.
Otwieram oczy, prawą rękę mam w gipcie po łokiec, a obok widzę śpiącego Harrego. Jestem sama w sali więc przytłumione chrapanie dochodziło z gardła członka zespołu One Direction. Głowa opada mu bezwiednie w dół, w ogóle jest tak dziwnie przechylony, jakby miał zaraz spaść z krzesła i gruchnąć na ziemię. Chichoczę cicho ze śmiechu, ale po chwili reflektuję się, że przecież musi siedzieć tu już dość długo, skoro na polu jest ciemno, a mnie przywieźli tutaj nie później niż po dwunastej w południe. Robi mi się żal bruneta, dlatego po cichu wstaję, układam go w wygodniejszej pozycji i przykrywam moją kołdrą. Sama siadam z powrotem na łóżku, ubrana … w coś w rodzaju papierowej koszuli nocnej. Na pewno piżamą tego nie mogłabym nazwać. Podwijam nogi pod siebię, bo jest trochę chłodno. Na stoliku widzę swój telefon, który z nie wiadomych przyczyn się tam znalazł. Postanawiam zadzwonić do rodziców. Niestety moja rozmowa z tatą wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Opowiadam mu co u mnie słychać, a on nie podejmuje tematu, tylko mówi, żebym odebrała klucze od dewelopera. Rozwodzi się jaki piękny apartament mi kupił z penthouse’em i nagle okazuje się, że jestem naprawdę bogata. 
Tata, co prawda, dalej nie odblokował mi funduszu na którym są moje pieniądze zarobione dzięki wytwórni Disney’a, za to udostępnił mi część funduszu powierniczego. Jak się później okazuje mama zrobiła to samo z innym kontem.
Naprawdę nie miałam pojęcia, że mam tyle pieniędzy, a najlepsze w tym jest to, że to jeszcze nie wszystko.
Wstaję i czytam tabliczkę powieszoną z przodu łóżka, odczytuję moją tempretaurę oraz ciśnienie. Próbuję rozszyfrować niewyraźne pismo lekarza i z tego co udaję mi się zrozumieć mam złamaną rękę i osłabiony organizm wywołany stresem. Ani słowa o zaburzeniach odżywiania. Dzięki Bogu. Zayn, Niall lub ktokolwiek inny mnie nie zdradził. Jestem bezpieczna, przynajmniej na jakiś czas.
Siadam na zimnej podłodze obok Harrego, łapię go za chłodną dłoń i delikatnie rozprostowuje jego palce, a głowę opieram na jego kolanach. Wpatruje się w jego twarz i rozmyślam czemu niektórzy mają cholerne szczęście, a czemu niektórzy na przykład ja, przez całe życie nie mogą uporać się z pewnymi problemami. Mam nadzieje tylko, że nie przyniosę mu pecha, bo tego najbardziej w świecie bym nie chciała. Ranić najbliższych.

XII.

Harry dał mi czysty podkoszulek, gdyż moja sukienka jest brudna i śmierdzi alkoholem, który ktoś prawdopodobnie przez przypadek wylał na nią w klubie. Pytam go delikatnie czy na pewno chce zejść na dół, ze mną, do pozostałych chłopców. Mną w jego ubraniach. Zamiast odpowiedzi ciągnie mnie za rękaw i całuje. W szyję.
Schodzimy na dół, gdzie czeka na nas Louis i jest wyraźnie zaskoczony moim widokiem, ponieważ robi wielkie oczy i zdumioną minę. Siadam na przeciwko niego a Harry stawia przede mną szklankę wody i sok, do tego płatki i jakieś kanapki i bekon. Na widok jedzenia mdli mnie, prawie zapomniałam o mojej diecie, a pijąc wczoraj tony alkoholu spożyłam tyle kalorii ile mogłabym w ciągu tygodnia. Jednak widząc słodką minę Stylesa, nie mogę nie mu odmówić. Zjadam tyle, że jestem wypchana do granic możliwości, a chłopak nadal się pyta czy nie chcę na pewno nic więcej, bo prawie nic nie zjadałam. Po śniadaniu, Louis i Harry muszą wyjść, aby dopiąć do końca sprawy związane z ich nowym, wspólnym mieszkaniem. Kiwam głową i gdy tylko słyszę trzask zamykanych drzwi udaję się do łazienki. Kładę wokół siebie ręcznik i litrową butelkę wody, zwracanie zawartości żołądka nie należy bowiem do przyjemnych, jednak muszę to zrobić, skoro chce utrzymać odpowiednią wagę. Nie wiem ile to trwa, ale muszę mieć pewność, że wyzerowałam, nagle ktoś odciąga mnie za kołnierz bluzki na korytarz. To Zayn. Klnę w myślach, bo teraz wpakowałam się na dobre, byłam przekonana, że nikogo nie ma w domu, a tu ni stąd ni zowąd pojawia się mulat, który dosłownie łapie mnie na gorącym uczynku.
- Co ty wyprawiasz, do cholery? - podnosi na mnie głos. Na szczęście nie mam zamiaru się nikomu tłumaczyć więc uciekam na balkon, siadam na dużym fotelu i podwijam nogi pod siebie. Jednak Zayn nie odpuszcza bo siada na przeciwko mnie, wiem, że muszę mu nagadać bzdur, żeby się odczepił. 
- Myślałem, że ten etap masz za sobą.
- O czym ty gadasz? Jaki etap? Nie mam żadnych problemów, po prostu miałam nudności, to przez kaca. 
Wiem, że nie wierzy jestem słabą aktorką i wciskanie ludziom kitu nigdy mi na dobre nie wychodzi. Malik wpatruje się we mnie jakby na mojej zmęczonej twarzy, mógł odnaleźć odpowiedzieć.
- Ty masz anoreksję. - stwierdza - Nie jesz, a jak jesz to mało. Nie pierwszy raz wymiotujesz. Słyszeliśmy to w nocy, ale nie myśleliśmy, że to coś poważnego. - Łapie mnie za dłoń i ogląda ją dookoła. - Patrz jakie masz chude palce, skóra i kości. Niedługo to znikniesz.
Przesadza. Wyrywam mu swoję rękę i wstaje. Naprawdę kontroluję siebie, wiem, że stąpam po krawędzi, ale jestem ostrożna. Nie widzę w lustrze ani szkieletu siebie ani grubasa. Widzę szczupłą dziewczynę, która chce dbać o linię i lekko sobie w tym pomaga. Nic więcej. 
- To się leczy, mała. - Chce mnie przytulić, ale odskakuję. Czuję od niego wyraźną woń alkoholu, czyli do końca nie wytrzeźwiał po wczorajszym. - Nie bój się, pójdę z Tobą do psychologa i pomożemy Ci. Dadzą Ci kolejne tabletki i będzie dobrze. - Znowu mnie atakuje. Czy on myśli, że głupie lekarstwa naprawdę mogę pomóc, gdzie on ma ten przeklęty mózg i czemu go nie używa?!
- Czy ty nie przesadzasz?! Kim dla mnie jesteś, żeby mnie pouczać w ten sposób?! No właśnie, jedyną osobą, która nie może w ten sposób do mnie mówić jesteś właśnie ty. Nic Cię nie może usprawiedliwić. Jeszcze jedno słowo i powiem całemu światu prawdę. Zniszczę Was wszystkich! - wrzeszczę.
- Oszalałaś i taki wiem, ze tego nigdy nikomu nie powiesz. Przecież masz zaburzenia psychiczne, nie jesteś do końca normalna… Wiesz.
Teraz przegiął. Specjalnie to powiedział, żeby mnie jeszcze bardziej rozsierdzić. Czuję, jak moja twarz robi się czerwona z wściekłości, a zarazem w moich oczach pojawiają się łzy. Czy to właśnie ludzie o mnie sądzą? Myślą, że jestem po prostu nienormalna i w ten sposób usprawiedliwiają moje wybryki? Chyba w tym momencie odnalazłam odpowiedź czemu mnie ludzie opuszczają. Robią to dlatego, że albo się mnie boją, albo nie chcą mieć do czynienia z dziewczyną, która ich zdaniem powinna znaleźć się w psychiatryku.
- Nigdy … więcej … Rozumiesz, nigdy… - warczę z wściekłości - nie MÓW tak do mnie! Nigdy!
- Wariatko mała, spokojnie - Wiem, że kpi ze mnie i wiem, że nie jest trzeźwy. Jednak niczym nie mogę usprawiedliwiać jego zachowania. To jest tak samo, jak do dziewczyny nigdy się nie mówi, że jest gruba, tak samo do osoby, która ma nawet lekkie zaburzenia psychiczne nie mówi się, że jest wariatką. Zayn powinien o tym pomyśleć, bo teraz jest już za późno. Biorę potężny zamach i wymierzam mu najmocniej jak potrafię, najbardziej siarczysty policzek jaki kiedykolwiek komuś dałam. Moja ręka w zetknięciu z jego twarzą, jest jak uderzenie gałązką o mur. Syczę cicho z bólu i z przerażenia kiedy widzę, że mój nadgarstek odgiął się w nienaturalny sposób. Mierzę Malika jeszcze przez chwilę wzrokiem i biegnę do pokoju w którym rano się obudziłam. Nie mogę tam dłużej zostać i pokazać, że się boję. Cała moja twarz jest zalana łzami wielkości grochu, dodatkowo wrzeszczę z bólu, który pulsuję od czubków moich palców aż po łokieć. Nie zauważam nawet, że świadkiem całego zdarzenia jest Niall. Usadawiam się pod ścianą i dopiero wtedy zauważam, że jestem cała zakrwawiona. Może Zayn miał racje, może moje ciało naprawdę potrzebuje jakiejś pomocy? Może moje porównanie było trafne i naprawdę jestem łodygą na wietrze? Nigdy w życiu nie widziałam, żeby po spoliczkowaniu kogokolwiek coś takiego się wydarzyło. Chyba, że się uderza o skałę. Próbuje delikatnie poruszyć ręka, z nadzieja, ze wystająca kość wróci na swoje miejsce, niestety nie udaje się i dłoń wygląda na kompletnie zmasakrowaną. Na szczęście nie widzę co się dzieje w jej środku. Miotam się bezradnie po pokoju, wiem, że jak wyjdę to tylko pokażę im całą swoją mierność i słabość. Z dołu słyszę jakieś wrzaski, może uda mi się przejść niepostrzeżenie… Bezwiednie znowu syczę z bólu, już wiem, iż dłużej tego nie przetrzymam. Wychodze z pokoju, bo potrzebuję pomocy. Nie wiem skąd tu się wziął Louis, ale najwyraźniej zmierzał w moim kierunku, bo stoi z ręką na klamce od moich drzwi. Kręci mi się w głowie i widzę dookoła czarne plamy. Wiem, że prze złamaniach i osłabieniu tak jest… Zaraz, jakim osłabieniu? Przecież nie jestem osłabiona, tylko …
- Pomoż… - mamrocze do chłopaka i upadam nieprzytomna.