Było parę minut po drugiej w nocy. Doskonale słyszałam bijący dzwon, w jakimś małym, katolickim kościółku niedaleko, paręnaście minut temu, którego dźwięk i tak nie zakłócił mojego, stłumionego szlochu. Przeniosłam się na schody znajdujące się po przeciwnej stronie ulicy i właściwie nie wiedziałam na co czekam. Obserwując wyjście zastanawiałam się którego z chłopców zobaczę pierwszego. Ale, gdy żaden z nich się nie pojawiał, z nudów, próbowałam odtwarzać wszystkie zajścia wieczoru krok po kroku, co nie było łatwe, gdyż z pozoru, każdy jeden nie istotny szczegół rozpraszał mnie na tyle skutecznie, że zalewałam się łzami.
Gdy Liam i Danielle mnie znaleźli, byłam w totalnej rozsypce. Siedli z moich dwóch boków, Danielle w miare skutecznie mnie uspokajała, głaszcząc mnie po głowie, przy czym mierzwiąc, moje i tak już nieźle skołtunione włosy. Gdy moim ciałem przestają wstrząsać dreszcze i płacz, wszyscy w trójkę wgapiamy się tępo w przestrzeń.
- Dobra, ja mam jutro próby… nie siedźcie tu za długo - Danielle przerywa milczenie, ściąga swój płaszczyk i okrywa nim moje ramiona, gdyż zrobiło się naprawdę zimno. Co prawda deszcz, ani tym bardziej śnieg nie pada, ale temperatura spadła do dziesięciu stopni i od samego siedzenia pojawia się gęsia skórka. Dziewczyna całuje się Payne’m i szepce coś mu na ucho, dlatego udaję, że tego nie widzę i wstaję, żeby niby poprawić i otrzepać z niewidzialnych pyłków moją sukienkę.
Mija parę minut, wiem, że to nie z Harry’m, Louis’em czy Zayn’em mam najwięcej do pogadania, ale właśnie z Liam’em. Odzywam się, więc, nie pewnie:
- To co, z którym będzie największa afera?
- Hm… nie wiem. Oni wszyscy oszaleli, na twoim punkcie, ciekawe czemu ja się jeszcze trzymam. - Nie rozumiem tego zdania, ale chłopak najwyraźniej musi wydusić z siebie wszystko, co przygotował do monologu i dopiero wtedy będę mogła zadać mu nurtujące pytania.
- O Lou i Hazze się nie martw, oni już wyjaśnili sobie wszystko. Wiesz, przecież są najlepszymi przyjaciółmi, do tego nie pozwolą zwalić jakiejkolwiek winy na Ciebie. Louis Cię broni i … uwielbia. Mówi, że przypominasz mu jakąś dawną przyjaciółkę … Pogadacie i wyjaśnicie sobie wszystko. Będzie dobrze. Natomiast ciekawi mnie sprawa z Zayn’em. Nie chcę nic mówić, ale zwiał zaraz po tym … eh… wszystkim, nie wiem co inni widzieli, ale dobrze o Tobie świadczy, że nie odwzajemniłaś tego … pocałunku. - Lustruję uważnie chłopaka wzrokiem, marszcząc przy tym czoło.
- Jak wrócę to postaram się to wszystko wyjaśnić. Jakoś… – poklepuję, zmartwionego chłopaka po plecach.
Siedzimy jeszcze tak z godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym, kilkakrotnie wracamy do wydarzeń z balu, próbując dogrzebać się do każdego szczegółu. Moje poorane serce, na szczęście, powoli się zabliźnia, zastanawiam się kiedy zadzwoni Harry, o ile już tego nie zrobił, ale z braku telefonu, nie mogę tego sprawdzić. Oczy mi się kleją - oczywiście oprócz zmęczenia, sprawia to też fakt iż czuję przyjemne ciepło z otaczającego mnie ramienia Liam’a. Nie mogę zasnąć, choć głowa sama opada mi w dół, więc podrywam się do góry i pociągam chłopaka za sobą. Czas udać się do własnych mieszkań.
Gdy Liam i Danielle mnie znaleźli, byłam w totalnej rozsypce. Siedli z moich dwóch boków, Danielle w miare skutecznie mnie uspokajała, głaszcząc mnie po głowie, przy czym mierzwiąc, moje i tak już nieźle skołtunione włosy. Gdy moim ciałem przestają wstrząsać dreszcze i płacz, wszyscy w trójkę wgapiamy się tępo w przestrzeń.
- Dobra, ja mam jutro próby… nie siedźcie tu za długo - Danielle przerywa milczenie, ściąga swój płaszczyk i okrywa nim moje ramiona, gdyż zrobiło się naprawdę zimno. Co prawda deszcz, ani tym bardziej śnieg nie pada, ale temperatura spadła do dziesięciu stopni i od samego siedzenia pojawia się gęsia skórka. Dziewczyna całuje się Payne’m i szepce coś mu na ucho, dlatego udaję, że tego nie widzę i wstaję, żeby niby poprawić i otrzepać z niewidzialnych pyłków moją sukienkę.
Mija parę minut, wiem, że to nie z Harry’m, Louis’em czy Zayn’em mam najwięcej do pogadania, ale właśnie z Liam’em. Odzywam się, więc, nie pewnie:
- To co, z którym będzie największa afera?
- Hm… nie wiem. Oni wszyscy oszaleli, na twoim punkcie, ciekawe czemu ja się jeszcze trzymam. - Nie rozumiem tego zdania, ale chłopak najwyraźniej musi wydusić z siebie wszystko, co przygotował do monologu i dopiero wtedy będę mogła zadać mu nurtujące pytania.
- O Lou i Hazze się nie martw, oni już wyjaśnili sobie wszystko. Wiesz, przecież są najlepszymi przyjaciółmi, do tego nie pozwolą zwalić jakiejkolwiek winy na Ciebie. Louis Cię broni i … uwielbia. Mówi, że przypominasz mu jakąś dawną przyjaciółkę … Pogadacie i wyjaśnicie sobie wszystko. Będzie dobrze. Natomiast ciekawi mnie sprawa z Zayn’em. Nie chcę nic mówić, ale zwiał zaraz po tym … eh… wszystkim, nie wiem co inni widzieli, ale dobrze o Tobie świadczy, że nie odwzajemniłaś tego … pocałunku. - Lustruję uważnie chłopaka wzrokiem, marszcząc przy tym czoło.
- Jak wrócę to postaram się to wszystko wyjaśnić. Jakoś… – poklepuję, zmartwionego chłopaka po plecach.
Siedzimy jeszcze tak z godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym, kilkakrotnie wracamy do wydarzeń z balu, próbując dogrzebać się do każdego szczegółu. Moje poorane serce, na szczęście, powoli się zabliźnia, zastanawiam się kiedy zadzwoni Harry, o ile już tego nie zrobił, ale z braku telefonu, nie mogę tego sprawdzić. Oczy mi się kleją - oczywiście oprócz zmęczenia, sprawia to też fakt iż czuję przyjemne ciepło z otaczającego mnie ramienia Liam’a. Nie mogę zasnąć, choć głowa sama opada mi w dół, więc podrywam się do góry i pociągam chłopaka za sobą. Czas udać się do własnych mieszkań.
***
Budzi mnie walenie w drzwi, które nieustannie dobiega od paru minut… a może godzin? Wstaję leniwie, z przykrością stwierdzając, że mam dalej na sobie mocno już wymiętą sukienkę i rozmyty makijaż na całej twarzy, od płaczu i długiego spania. Niestety dzwonki, mieszające się z naprzemiennym pukaniem, tak skutecznie mnie ponaglają, że nie mam czasu na dokładne przejrzenie się w lustrze. Patrzę, po drodze, na zegarek, który wyświetla godzinę 18:44, klnę pod nosem i otwieram drzwi. Na progu stoi Harry z bukietem kwiatów i lekko zdumioną miną, a tuż zanim czai się Louis w pasiastym sweterku i z podobnym wyrazem twarzy. Zapraszam ich gestem do środka, a widząc ich zdezorientowane spojrzenia, kiwam głową na znak, że wiem jak wyglądam.
- No więc… chcielibyśmy przeprosić, za to wszystko wczoraj. Niezły bałagan się zrobił … - nie owijając długo w bawełnę przemawia Styles, jak zawsze zachrypniętym, acz niezwykle pociągającym głosem. Spuszczam wzrok, bo nie wiem, co ma na myśli mówiąc bałagan - nie wiem co i ile widział. Nie pozostawiając mi wiele czasu do namysłu z ich dwuosobowego szeregu występuje skonsternowany Lou:
- Przepraszam, głupio palnąłem wczoraj. Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało, wiem, ze wcale Cię nie znam… - Kręcę opuszczoną głową, ale nie po to, żeby zaprzeczyć, ale po to, aby zatamować łzy. -Wybaczysz mi? - Podnoszę wzrok i kiwam głową, po chwili już Tomlinson mnie mocno ściska, tak, że tracę po woli oddech. Z sytuacji ratuje mnie Hazza, który znacząco pokasłuje jest to umówiony znak najwyraźniej, bo Louis odsuwa się w stronę drzwi - Pogadamy potem, dobrze?
Stuknięcie, naciskana klamka, aż wreszcie trzask drzwi. Zostaję z Harry’m sama.
- Poczekaj, idę do łazienki na chwilę. - Gdy tylko zostawiam go w salonie i znikam za ścianą, pędzę opłukać twarz i opanować trzęsienie rąk. Co on chce mi powiedzieć? Że to koniec, czy chce przeprosić? Tak czy owak muszę się z nim zmierzyć. Kilka zabiegów ‘upiększających’ i wyglądam zupełnie inaczej; włosy spięte na czubku głowy, policzki bez czarnych plam, a oczy po kontakcie z zimną wodą przestają być takie podpuchnięte. Tylko sukienka, którą wciąż mam na sobie, zakłóca cały ten… łagodny styl. Jednak nie mam czasu na przebieranki. Schodzę na dół. Brunet siedzi, przeglądając jakąś gazetę, lecz na mój widok unosi się. Przechylam głowę w lewą stronę i przygryzając z całej siły dolną wargę, próbuję powstrzymać się od dania mu w twarz - tak jak to już przećwiczyłam na Zayn’ie. Dopiero teraz czuję, jak wielka ogarnia mnie złość i wściekłość. Potraktował mnie okropnie, jakbym była zabawką, którą znudził się i wyrzucił… Jednak coś mnie trzyma, coś co nie pozwala mi na niego wrzeszczeć i coś co każe mi wskoczyć w jego ramiona. Ale spokojnie, na razie stoję w miejscu. Nie ruszam się, niech wydusi to z siebie, teraz. Szybko. Przemawia, jak na moje życzenie.
- Ev, przepraszam Cię, to wczoraj miało wyjść zupełnie inaczej. Mieliśmy spędzić uroczy wieczór, a wyszło, jak wyszlo… Dawno nie byłem w związku, zapomniałem - patrzy na mnie, spod góry loków - a nie powinienem. - Pociągam nosem. Dociera do mnie, że nie mogę mu pozwolić odejść. Nigdy.
- Błagam Cię, zacznijmy od nowa, to wczoraj nie miało miejsca, nigdy więcej już nie pozwolę im na… obściskiwanie czy … coś. - Łapie mnie za ramię - Do niczego nie doszło, rozumiesz? Ja nic nie poczułem, pocałowała mnie tak, ale … - potrząsa mocno moi ramionami, ale nie podnoszę głowy, wstrząsa mną nieprzyjemny dreszcz. Zranił mnie wczoraj, ale mimo wszystko jest dla mnie ważny. Wiem, że mu wybaczę za chwilę, choć jeszcze parę minut będę twarda.
- Co prawda byłem pijany troszkę, takie obwieszanie nie jest czymś dobrym, wiem, że jesteś wściekła. Zrozum… - Nawet na chwilę nie pozwala mi dojść do głosu. Ale ja przestaje go słuchać przez moment i myślę, że on wcale nie jest takim ‘pleyboy’em’ jak go przedstawia prasa. Jest naprawdę wrażliwy, mimo, że popełnia błędy, widać, że żałuje. Do tego nigdy wcześniej nie widziałam u tego chłopaka takiej poważnej, skupionej i zatroskanej miny jak teraz. Rozkładam bezwiednie ręce. Gdy słyszę raz po raz wypowiadane błagania i odwracam się - niech wie, że jest mi przykro, niech zapamięta, że wszystkiego mu nie wybaczę i nie jestem kolejną łatwą dziewczyną. Po paru minutach, czuję jego dotyk - obejmuje mnie, ale inaczej niż zwykle - niepewnie i bardziej delikatnie. Nie czekam długo, bo przecież właśnie tego gestu potrzebowałam najbardziej, szybko obracam się i zamiast uderzyć go z całej siły w twarz, obejmuję szyję Harry’ego i czekam, aż moja histeria przejdzie. Wściekam się, że długo nie umiem przechowywać urazy i przez to zapominam o krzywdach szybko nie wyciągając z nich wniosków.
Odsuwamy się wreszcie od siebie, wierzchem dłoni ociera moje policzki, prycham cicho, bo znowu wiem, że wyglądam, jak zawsze po płaczu, czyli okropnie - znowu podpuchnięte i przekrwione oczy, czerwone plamy i dodatkowo te dziwne błyski w oczach… Siadam na sofie, a Harry klęka przede mną, łapiąc mnie oburącz za dłonie.
- Nie płacz nigdy przeze mnie, czuję się okropnie. - Zaciska palce na moich tak mocno, że odczuwam powoli ból z powodu niedokrwienia kończyn. - Nie zasługuję na Ciebie, co?
- Eh, nie wygłupiaj się, idioto - mówię żartobliwie stukając moją głową o jego czoło, ale Styles odsuwa mnie i nasze twarzy dzieli teraz nieco ponad paręnaście centymetrów.
- Nie wiem jak to sformułować … Ale ten idiota Cię kocha…
*I hear angels sing, in your voice*
Nie wierzę w to co usłyszałam, nie wierzę, że sam Harry Styles - jeden z najbardziej pożądanych nastolatków na ziemi, właśnie wyznał mi miłość. Śnię na jawie, bo to nie może być prawda, że właśnie taka szara myszka, jak ja, stała się najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi.
*I can’t even speak*
Słyszę mimowolnie, gdzieś z tyłu w głowię piosenkę Demi Lovato ‘Lightweight’ i wreszcie wiem o co chodziło autorce. Czuję się wolna, jakbym unosiła się wysoko, wysoko ponad chmury, ale nie jestem sama, chłopak cały czas trzyma mnie za dłonie. Mam ochotę wrzeszczeć - smutek i złość przeradza się w nieopisane szczęście, tymi dwoma wyrazami powalił mnie całkowicie na łopatki i muszę przyznać, że po raz pierwszy, komuś się to tak konkretnie to udało.
*Do you even know,
how you make me weak*
Robi na przemian gorąco i zimno, nasze usta znów się łączą, jednak tym razem są to inny pocałunki – bardziej czułe. Reflektuję się, że nie odpowiedziałam Harry’emu. Ale chłopak chyba tego nie wymaga – przynajmniej w tym momencie. Unosi mnie, jesteśmy oboje trzeźwi i chyba teraz przyszedł odpowiedni moment. Zaraz to się zdarzy… wiem to. Pocałunki na mojej szyi powodują delikatne dreszcze podniecenia. Palcami rozpinam guziki koszuli chłopaka, jednak ręce mi się tak trzęsą, że przypadkowo urywam kilka z nich, najwyraźniej zbyt słabo przyszytych. Brunet się śmieje cicho, tuż ponad moim obojczykiem. Jego oddech przeszywa całą moją skórę. Zaciskam na nim ręce i przyciskam najmocniej jak się da.
- Harry, wiesz, że to pierw… - ‘Shhh’ zamyka mi skutecznie usta.
*I’m a lightweight better be careful what you say
with every word I’m blown away
You’re in control of my heart*
Budzi mnie walenie w drzwi, które nieustannie dobiega od paru minut… a może godzin? Wstaję leniwie, z przykrością stwierdzając, że mam dalej na sobie mocno już wymiętą sukienkę i rozmyty makijaż na całej twarzy, od płaczu i długiego spania. Niestety dzwonki, mieszające się z naprzemiennym pukaniem, tak skutecznie mnie ponaglają, że nie mam czasu na dokładne przejrzenie się w lustrze. Patrzę, po drodze, na zegarek, który wyświetla godzinę 18:44, klnę pod nosem i otwieram drzwi. Na progu stoi Harry z bukietem kwiatów i lekko zdumioną miną, a tuż zanim czai się Louis w pasiastym sweterku i z podobnym wyrazem twarzy. Zapraszam ich gestem do środka, a widząc ich zdezorientowane spojrzenia, kiwam głową na znak, że wiem jak wyglądam.
- No więc… chcielibyśmy przeprosić, za to wszystko wczoraj. Niezły bałagan się zrobił … - nie owijając długo w bawełnę przemawia Styles, jak zawsze zachrypniętym, acz niezwykle pociągającym głosem. Spuszczam wzrok, bo nie wiem, co ma na myśli mówiąc bałagan - nie wiem co i ile widział. Nie pozostawiając mi wiele czasu do namysłu z ich dwuosobowego szeregu występuje skonsternowany Lou:
- Przepraszam, głupio palnąłem wczoraj. Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało, wiem, ze wcale Cię nie znam… - Kręcę opuszczoną głową, ale nie po to, żeby zaprzeczyć, ale po to, aby zatamować łzy. -Wybaczysz mi? - Podnoszę wzrok i kiwam głową, po chwili już Tomlinson mnie mocno ściska, tak, że tracę po woli oddech. Z sytuacji ratuje mnie Hazza, który znacząco pokasłuje jest to umówiony znak najwyraźniej, bo Louis odsuwa się w stronę drzwi - Pogadamy potem, dobrze?
Stuknięcie, naciskana klamka, aż wreszcie trzask drzwi. Zostaję z Harry’m sama.
- Poczekaj, idę do łazienki na chwilę. - Gdy tylko zostawiam go w salonie i znikam za ścianą, pędzę opłukać twarz i opanować trzęsienie rąk. Co on chce mi powiedzieć? Że to koniec, czy chce przeprosić? Tak czy owak muszę się z nim zmierzyć. Kilka zabiegów ‘upiększających’ i wyglądam zupełnie inaczej; włosy spięte na czubku głowy, policzki bez czarnych plam, a oczy po kontakcie z zimną wodą przestają być takie podpuchnięte. Tylko sukienka, którą wciąż mam na sobie, zakłóca cały ten… łagodny styl. Jednak nie mam czasu na przebieranki. Schodzę na dół. Brunet siedzi, przeglądając jakąś gazetę, lecz na mój widok unosi się. Przechylam głowę w lewą stronę i przygryzając z całej siły dolną wargę, próbuję powstrzymać się od dania mu w twarz - tak jak to już przećwiczyłam na Zayn’ie. Dopiero teraz czuję, jak wielka ogarnia mnie złość i wściekłość. Potraktował mnie okropnie, jakbym była zabawką, którą znudził się i wyrzucił… Jednak coś mnie trzyma, coś co nie pozwala mi na niego wrzeszczeć i coś co każe mi wskoczyć w jego ramiona. Ale spokojnie, na razie stoję w miejscu. Nie ruszam się, niech wydusi to z siebie, teraz. Szybko. Przemawia, jak na moje życzenie.
- Ev, przepraszam Cię, to wczoraj miało wyjść zupełnie inaczej. Mieliśmy spędzić uroczy wieczór, a wyszło, jak wyszlo… Dawno nie byłem w związku, zapomniałem - patrzy na mnie, spod góry loków - a nie powinienem. - Pociągam nosem. Dociera do mnie, że nie mogę mu pozwolić odejść. Nigdy.
- Błagam Cię, zacznijmy od nowa, to wczoraj nie miało miejsca, nigdy więcej już nie pozwolę im na… obściskiwanie czy … coś. - Łapie mnie za ramię - Do niczego nie doszło, rozumiesz? Ja nic nie poczułem, pocałowała mnie tak, ale … - potrząsa mocno moi ramionami, ale nie podnoszę głowy, wstrząsa mną nieprzyjemny dreszcz. Zranił mnie wczoraj, ale mimo wszystko jest dla mnie ważny. Wiem, że mu wybaczę za chwilę, choć jeszcze parę minut będę twarda.
- Co prawda byłem pijany troszkę, takie obwieszanie nie jest czymś dobrym, wiem, że jesteś wściekła. Zrozum… - Nawet na chwilę nie pozwala mi dojść do głosu. Ale ja przestaje go słuchać przez moment i myślę, że on wcale nie jest takim ‘pleyboy’em’ jak go przedstawia prasa. Jest naprawdę wrażliwy, mimo, że popełnia błędy, widać, że żałuje. Do tego nigdy wcześniej nie widziałam u tego chłopaka takiej poważnej, skupionej i zatroskanej miny jak teraz. Rozkładam bezwiednie ręce. Gdy słyszę raz po raz wypowiadane błagania i odwracam się - niech wie, że jest mi przykro, niech zapamięta, że wszystkiego mu nie wybaczę i nie jestem kolejną łatwą dziewczyną. Po paru minutach, czuję jego dotyk - obejmuje mnie, ale inaczej niż zwykle - niepewnie i bardziej delikatnie. Nie czekam długo, bo przecież właśnie tego gestu potrzebowałam najbardziej, szybko obracam się i zamiast uderzyć go z całej siły w twarz, obejmuję szyję Harry’ego i czekam, aż moja histeria przejdzie. Wściekam się, że długo nie umiem przechowywać urazy i przez to zapominam o krzywdach szybko nie wyciągając z nich wniosków.
Odsuwamy się wreszcie od siebie, wierzchem dłoni ociera moje policzki, prycham cicho, bo znowu wiem, że wyglądam, jak zawsze po płaczu, czyli okropnie - znowu podpuchnięte i przekrwione oczy, czerwone plamy i dodatkowo te dziwne błyski w oczach… Siadam na sofie, a Harry klęka przede mną, łapiąc mnie oburącz za dłonie.
- Nie płacz nigdy przeze mnie, czuję się okropnie. - Zaciska palce na moich tak mocno, że odczuwam powoli ból z powodu niedokrwienia kończyn. - Nie zasługuję na Ciebie, co?
- Eh, nie wygłupiaj się, idioto - mówię żartobliwie stukając moją głową o jego czoło, ale Styles odsuwa mnie i nasze twarzy dzieli teraz nieco ponad paręnaście centymetrów.
- Nie wiem jak to sformułować … Ale ten idiota Cię kocha…
*I hear angels sing, in your voice*
Nie wierzę w to co usłyszałam, nie wierzę, że sam Harry Styles - jeden z najbardziej pożądanych nastolatków na ziemi, właśnie wyznał mi miłość. Śnię na jawie, bo to nie może być prawda, że właśnie taka szara myszka, jak ja, stała się najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi.
*I can’t even speak*
Słyszę mimowolnie, gdzieś z tyłu w głowię piosenkę Demi Lovato ‘Lightweight’ i wreszcie wiem o co chodziło autorce. Czuję się wolna, jakbym unosiła się wysoko, wysoko ponad chmury, ale nie jestem sama, chłopak cały czas trzyma mnie za dłonie. Mam ochotę wrzeszczeć - smutek i złość przeradza się w nieopisane szczęście, tymi dwoma wyrazami powalił mnie całkowicie na łopatki i muszę przyznać, że po raz pierwszy, komuś się to tak konkretnie to udało.
*Do you even know,
how you make me weak*
Robi na przemian gorąco i zimno, nasze usta znów się łączą, jednak tym razem są to inny pocałunki – bardziej czułe. Reflektuję się, że nie odpowiedziałam Harry’emu. Ale chłopak chyba tego nie wymaga – przynajmniej w tym momencie. Unosi mnie, jesteśmy oboje trzeźwi i chyba teraz przyszedł odpowiedni moment. Zaraz to się zdarzy… wiem to. Pocałunki na mojej szyi powodują delikatne dreszcze podniecenia. Palcami rozpinam guziki koszuli chłopaka, jednak ręce mi się tak trzęsą, że przypadkowo urywam kilka z nich, najwyraźniej zbyt słabo przyszytych. Brunet się śmieje cicho, tuż ponad moim obojczykiem. Jego oddech przeszywa całą moją skórę. Zaciskam na nim ręce i przyciskam najmocniej jak się da.
- Harry, wiesz, że to pierw… - ‘Shhh’ zamyka mi skutecznie usta.
*I’m a lightweight better be careful what you say
with every word I’m blown away
You’re in control of my heart*
***
Nagły dźwięk budzika wyrywa mnie ze stanu odrętwienia w którym, najwyraźniej, przez całą noc się znajdowałam. Próbuję się poderwać, ale ciało Harry’ego Styles’a skutecznie mi to uniemożliwia. Zsuwam jego lewą nogę i przewracam całą jego klatę na materac obok.
Patrzę na zegarek – zadzwonił w samą porę, mam jeszczę chwilę, żeby do podręcznej walizki zapakować ciuchy na zmianę i kosmetyczkę. Ubieram się nadwyraz elegancko – czarna, prosta sukienka z długim rękawem, do tego ażurowe rajstopu i szpilki. Klasyka, którą uwieńcza kucyk na czubku głowy. Szybkie spojrzenie na śpiącego bruneta i to niesamowite uczucie, że jest mój.
Przy wyjściu portier wręcza mi dużą kopertę bąbelkową, która wczoraj została do mnie wysłana. Marszczę czoło, na widok pierwszego listu, który dostałam i który nie wygląda jak rachunek za abonament telefoniczny. Rozrywam papier i ku mojemu zdziwieniu ukazuję mi się mój telefon i portfel, który wygląda na nienaruszony.
- Jasper, kto to przyniósł? – charczę zaniepokojona.
- Kurier, wczoraj z samego rana przyjechał i kazał mi przekazać do rąk własnych, panience.
- Mówił coś jeszcze?
- Tak, prosił, abym dopilnował, że otrzyma pani przesyłkę jak najszybciej. Dostarczyłbym ją panience wcześniej, niestety nikt nie odpowiedał na domofony, a potem pan Styles i Tomlinson przyszli i postanowiłem nie przeszkadzać. Bardzo przepraszam, jeżeli źle postąpiłem. – Uciszam go gestem dłoni i kiwam głową. Zastanawiam się, kto to wysłał i w ogóle jak wszedł w posiadanie moich rzeczy. Z drugiej strony znajduję usprawiedliwienie, dla paczki przysłanej na mój adres – potencjalny znalazca, odczytał dane z dokumentów i odesłał tutaj. Pewnie, przez moją nie uwagę, wypadły rzeczy z małej kopertówki lub w jakiś inny sposób zostały porzucone… Z dalszych rozważań wyrywa mnie dźwięk głośnego klaksonu przed budynkiem.
Wsiadam do zamówionej taksówki i po kilkudziesięciu minutach wysiadam tuż przy międzynarodowym terminalem na Heathrow. Biegnę schodami, wiedząc, że jak zawsze przyjechałam na tak zwaną ‘ostatnią chwilę’. Odprawa cywilna przebiega sprawnie i gdy zmierzam w kierunku rękawa prowadzącego do samolotu, mój iPhone ryczy nieokrzesanie.
- Gdzie jesteś? – z słuchawki dobiega, jak zawsze, schrypnięty głos członka One Direction.
- No, na lotnisku. Kartka po prawej stronie na nakastliku. Muszę kończyć – rozłączam się, bo słyszę już drugi raz moje imię i nazwisko z głośników i informacje o kończącym się boardingu lotu do Krakowa. Porywam jeszcze kilka plotkarskich czasopism z półki w kiosku, podaję sprzedawczymi dwadzieścia funtów i nie czekając na resztę, pędzę do samolotu.
Po starcie przeglądam cały stos gazet, w każdym z nich natrafiając na swoje zdjęcia z sobotniej imprezy. Dziwne uczucie czytać o sobie w tych wszystkich szmatławcach. Niektóre komentarze, co prawda, mile mnie zaskakują, natomiast niektóre wręcz odwrotnie. Fajnie przeczytać, że (według autorów oczywiście) pasuję do Harolda i że jestem urocza osóbką, ale mam ochotę zamordować, za porównania do Caroline Flack lub cięte uwagi na temat mojego ‘wielkiego powrotu’.
Lot szybko mija i staję, po tygodniach nieobecności na mojej, polskiej, ziemi. Do sądu rejonowego przybywam kilka minut po jedenastej. W samych drzwiach, natykam się na prawnika taty, zresztą bardzo sympatycznego gościa, który wita mnie uśmiechem. Zamieniam z nim parę zdań, jako, że znam go, niejako od urodzenia, bardzo się lubimy. Zadaje mi tylko jedno pytanie:
- Jak się trzymasz? – Wzruszam ramionami. Jestem na silnych anty-depresantach, więc żadna sprawa nie porusza mnie jakoś dogłębnie, ale to zdanie uświadamia mi, że jest to koniec mojej rodziny. Koniec dzieciństwa i początek dorosłego, samodzielnego życia. Wiem, ze nic już nie będzie tak jak dawniej…
Rozprawa mija mniej, więcej spokojnie. Nawet przy podziale majątku nikt nie wrzeszczy, tak jak to jest w tych amerykańskich filmach. Niestety przy ustaleniu mojego prawnego opiekuna robi się zamieszanie. Wzywają mnie na świadka, ale nie podaję żadnych konkretów, za plecami raz po raz słyszę znaczące chrząknięcia. W końcu, postanawiają, uznać za mojego prawnego opiekuna matkę, sędzia podkreśla przy tym, że ze względu na moje ukończone szesnaście lat i tym samym prawo do wykonywania czynności cywilno-prawnych, jest to tylko formalne ustalenie. Wreszcie koniec. Nie wstaję z miejsca, tata klepie mnie po ramieniu, ale się nie ruszam. Oczami wyobraźni widzę siebie jako małą dziewczynkę biegającą po parku i skaczącą z drabinek. Następna scena - pierwszy dzień szkoły - granatowy mundurek, włosy zaplecione w elegancki warkoczyk i mama z tatą u moich boków, dziesiąte urodziny, zawody sportowe, ze wszystkich stron spoglądają na mnie uśmiechnięte twarze rodziców. Gdybym mogła cofnąć czas, naprawić wszystkie błedy, wymazać kłótnie, w odpowiedniej chwili zareagować, kiedy ich miłość zaczęła się sypać…
Nagły dźwięk budzika wyrywa mnie ze stanu odrętwienia w którym, najwyraźniej, przez całą noc się znajdowałam. Próbuję się poderwać, ale ciało Harry’ego Styles’a skutecznie mi to uniemożliwia. Zsuwam jego lewą nogę i przewracam całą jego klatę na materac obok.
Patrzę na zegarek – zadzwonił w samą porę, mam jeszczę chwilę, żeby do podręcznej walizki zapakować ciuchy na zmianę i kosmetyczkę. Ubieram się nadwyraz elegancko – czarna, prosta sukienka z długim rękawem, do tego ażurowe rajstopu i szpilki. Klasyka, którą uwieńcza kucyk na czubku głowy. Szybkie spojrzenie na śpiącego bruneta i to niesamowite uczucie, że jest mój.
Przy wyjściu portier wręcza mi dużą kopertę bąbelkową, która wczoraj została do mnie wysłana. Marszczę czoło, na widok pierwszego listu, który dostałam i który nie wygląda jak rachunek za abonament telefoniczny. Rozrywam papier i ku mojemu zdziwieniu ukazuję mi się mój telefon i portfel, który wygląda na nienaruszony.
- Jasper, kto to przyniósł? – charczę zaniepokojona.
- Kurier, wczoraj z samego rana przyjechał i kazał mi przekazać do rąk własnych, panience.
- Mówił coś jeszcze?
- Tak, prosił, abym dopilnował, że otrzyma pani przesyłkę jak najszybciej. Dostarczyłbym ją panience wcześniej, niestety nikt nie odpowiedał na domofony, a potem pan Styles i Tomlinson przyszli i postanowiłem nie przeszkadzać. Bardzo przepraszam, jeżeli źle postąpiłem. – Uciszam go gestem dłoni i kiwam głową. Zastanawiam się, kto to wysłał i w ogóle jak wszedł w posiadanie moich rzeczy. Z drugiej strony znajduję usprawiedliwienie, dla paczki przysłanej na mój adres – potencjalny znalazca, odczytał dane z dokumentów i odesłał tutaj. Pewnie, przez moją nie uwagę, wypadły rzeczy z małej kopertówki lub w jakiś inny sposób zostały porzucone… Z dalszych rozważań wyrywa mnie dźwięk głośnego klaksonu przed budynkiem.
Wsiadam do zamówionej taksówki i po kilkudziesięciu minutach wysiadam tuż przy międzynarodowym terminalem na Heathrow. Biegnę schodami, wiedząc, że jak zawsze przyjechałam na tak zwaną ‘ostatnią chwilę’. Odprawa cywilna przebiega sprawnie i gdy zmierzam w kierunku rękawa prowadzącego do samolotu, mój iPhone ryczy nieokrzesanie.
- Gdzie jesteś? – z słuchawki dobiega, jak zawsze, schrypnięty głos członka One Direction.
- No, na lotnisku. Kartka po prawej stronie na nakastliku. Muszę kończyć – rozłączam się, bo słyszę już drugi raz moje imię i nazwisko z głośników i informacje o kończącym się boardingu lotu do Krakowa. Porywam jeszcze kilka plotkarskich czasopism z półki w kiosku, podaję sprzedawczymi dwadzieścia funtów i nie czekając na resztę, pędzę do samolotu.
Po starcie przeglądam cały stos gazet, w każdym z nich natrafiając na swoje zdjęcia z sobotniej imprezy. Dziwne uczucie czytać o sobie w tych wszystkich szmatławcach. Niektóre komentarze, co prawda, mile mnie zaskakują, natomiast niektóre wręcz odwrotnie. Fajnie przeczytać, że (według autorów oczywiście) pasuję do Harolda i że jestem urocza osóbką, ale mam ochotę zamordować, za porównania do Caroline Flack lub cięte uwagi na temat mojego ‘wielkiego powrotu’.
Lot szybko mija i staję, po tygodniach nieobecności na mojej, polskiej, ziemi. Do sądu rejonowego przybywam kilka minut po jedenastej. W samych drzwiach, natykam się na prawnika taty, zresztą bardzo sympatycznego gościa, który wita mnie uśmiechem. Zamieniam z nim parę zdań, jako, że znam go, niejako od urodzenia, bardzo się lubimy. Zadaje mi tylko jedno pytanie:
- Jak się trzymasz? – Wzruszam ramionami. Jestem na silnych anty-depresantach, więc żadna sprawa nie porusza mnie jakoś dogłębnie, ale to zdanie uświadamia mi, że jest to koniec mojej rodziny. Koniec dzieciństwa i początek dorosłego, samodzielnego życia. Wiem, ze nic już nie będzie tak jak dawniej…
Rozprawa mija mniej, więcej spokojnie. Nawet przy podziale majątku nikt nie wrzeszczy, tak jak to jest w tych amerykańskich filmach. Niestety przy ustaleniu mojego prawnego opiekuna robi się zamieszanie. Wzywają mnie na świadka, ale nie podaję żadnych konkretów, za plecami raz po raz słyszę znaczące chrząknięcia. W końcu, postanawiają, uznać za mojego prawnego opiekuna matkę, sędzia podkreśla przy tym, że ze względu na moje ukończone szesnaście lat i tym samym prawo do wykonywania czynności cywilno-prawnych, jest to tylko formalne ustalenie. Wreszcie koniec. Nie wstaję z miejsca, tata klepie mnie po ramieniu, ale się nie ruszam. Oczami wyobraźni widzę siebie jako małą dziewczynkę biegającą po parku i skaczącą z drabinek. Następna scena - pierwszy dzień szkoły - granatowy mundurek, włosy zaplecione w elegancki warkoczyk i mama z tatą u moich boków, dziesiąte urodziny, zawody sportowe, ze wszystkich stron spoglądają na mnie uśmiechnięte twarze rodziców. Gdybym mogła cofnąć czas, naprawić wszystkie błedy, wymazać kłótnie, w odpowiedniej chwili zareagować, kiedy ich miłość zaczęła się sypać…
No to koniec tego rozdziału, mam nadzieję, że dotarliście tutaj do końca. Sama po sobie wiem, że nie umiem sie skupić czytając takie dłużyzny, ale jestem baaardzo wdzięczna, jeżeli przemęczyliście się dla mnie :)
Mam też świadomość, że może nie wyszło jak powinno, jeszcze nie umiem do końca oddać całej sytuacji, ale posłuchajcie piosenki Avril, może wprawi Was w ten smutny nastrój kończący ten rozdział.
kocham was, xoxo.