poniedziałek, 3 września 2012

XX.


Trochę to trwało zanim napisałam ten rozdział. Miałam chyba z 10 podejść i chyba usunęłam w wordzie łącznie z 20 kartek tekstu, który mnie nie zadowalał. Ten też mi się jakoś nie podoba, ale poprostu musiałam przebrnąć przez ten rozdział. Dalej pójdzie lepiej :)
Nie zanudźcie się czytając to błagam :)

http://www.youtube.com/watch?v=SeIJmciN8mo&feature=player_embedded

ŻYCZĘ WAM WSZYSTKIM UDANEGO ROKU SZKOLNEGO <3

Ja dopiero zaczynam nauke za tydzień, bo siedzę jeszcze po operacji, ale trzymam kciuki za Was <3

A i piszcie w komentarzach co sądzicie o nowej stronie i wgl :)
Kocham Was, xxx.



Nie wierzę, że upadłam tak nisko. Nie wierzę, że zaledwie dziesięć godzin temu byłam w Polsce na rozprawie rozwodowej moich rodziców i nie odezwałam się do nich ani słowem – nie okazałam żadnego współczucia, nie wparłam ich w żaden sposób, nawet nie obdarzyłam ich jednym, małym, głupim spojrzeniem. A teraz siedzę znowu w swoim apartamencie, zawinięta w kołdrę i dwa koce – tak, że nie wystaje z pod nich ani skraweczek mojego ciała. Co gorsza, nie mogę patrzeć na otaczające mnie nawet wnętrze, bo za każdym razem wzrok zatrzymuję się na oprawionych zdjęciach rodziców, które tak skutecznie przypominają mi wydarzenia z przed paru godzin. Oczywiście telefon dzwonił już kilkakrotnie, ale ja, jak zawsze z resztą, wyciszyłam go i schowałam głęboko - żeby mnie ani nie kusił, ani nie denerwował.
Na szczęście nie płaczę, potoku łez bym już totalnie nie zniosła. I tak naprawdę jedna, jedyna rzecz mnie przytłacza, tak mocno jak nigdy. Chodzi o to bowiem, że tata znalazł nową kobietę - to przez nią wszystko się zaczęło i to przez nią doszło do rozwodu. To ten człowiek, który zawsze chodzi w szytych na miarę, drogich garniturach spowodował, że moja rodzina przestała istnieć. Człowiek, któremu bezgranicznie ufałam. Jednak nie wiem czy gorsze nie jest to, że mama nie była mu długo dłużna... Markus – francuz z którym prowadziła interesy, spowodował, że z kolei dla niego straciła rozum i serce. I w sumie wszystko byłoby dobrze, nie miałabym do nich żalu. Ich miłość się wypaliła i tyle. Lecz czemu nie powiedzieli sobie tego wprost wcześniej i nie oszczędzili mi tyle przykrości? Czemu choć raz nie pomyśleli o swojej jedynej córce, czemu? Prawda jest taka, że pół roku poprzedzające mój wyjazd do Londynu, było kłamstwem. Rodzice zwalali całą winę na mnie, wmawiali mi, że to przeze mnie wybuchają codzienne awantury, że to wszystko moja wina. A nagle okazuje się, że to nie prawda. Że wykorzystali mnie jak ludzką tarczę. Czuję się koszmarnie, obwiniałam się, przez tak długi czas, nienawidziłam siebie, że jestem toksyczna i niszczę ich relacja, a tu taka niespodzianka...
Czuję się jeszcze gorzej kiedy Louis, Harry i Niall przychodzą do mnie z paroma paczkami chipsów, ciastkami czekoladowymi, moimi ulubionymi muffinkami i stosem najlepszych filmów sensacyjnych. Wiem, że przyszli tutaj, żeby mnie wesprzeć i porozmawiać, ale ja wypakowuje sobie buzię jedzeniem i nie mam ochoty nic gadać. Zapominam nawet, że przekraczam tym samym dzienną liczbę spożytych kalorii. Oczywiście jestem im naprawdę wdzięczna za troskę, za to, że chcą podzielić się ze mną, swoimi przeżyciami, bo, wiem, że też kiedyś znajdowali się w takiej sytuacji, ale jestem okrutna. Dodatkowo, kiedy Harry mnie obejmuj, dręczy mnie przeświadczenie, że znajduję się w złych ramionach, a co gorsza nie mogę się tego odczucia pozbyć, więc zostawiam chłopców samych przy telewizorze i idę do sypialni w dalszym ciągu siedzieć pod kołdrą.

- Mnie pomogła muzyka. – głos z zupełnie nie brytyjskim akcentem, wyrywa mnie z letargu -Naprawdę, po rozwodzie rodziców grałem na gitarze wszystkie smutne piosenki i ból minął. Daj spokój, czemu nie pośpiewasz? – Odkrywam delikatnie brzeg koca, żeby przypatrzeć się wyrazowi twarzy Nialla. Czy on sobie ze mnie żartuje czy serio chce mi pomóc? Z resztą to nie istotne, bo przecież nie śpiewałam od dobrych paru lat, tak jak sobie obiecałam po wyjeździe z LA. Zawsze ciągnęło mnie do muzyki, ale powstrzymywałam się – znaczy rodzice skutecznie zapełniali mi każdą wolną chwilę w ten sposób, że nie miałam nawet minuty, aby usiąść przy pianinie czy pograć na gitarze lub broń Boże, śpiewać.
- Przecież chcesz to zrobić – przekonuje Niall w dalszym ciągu – Każdy widzi, że się, z niewiadomych powodów, boisz, ale przecież chcesz tego. Chcesz zaśpiewać prawda? No jasne, że tak, bo kochasz to. Wystarczy spojrzeć na te wszystkie stare filmiki … Masz super głos. – Kurde, wpadłam. Totalnie. Ten irlandzki, farbowany blondyn w jakiś skomplikowany sposób mnie rozgryzł. Dotknął czułego punktu i teraz zupełnie nie wiem co powiedzieć. Jasne, że już od bardzo dawna ciągnęło mnie do muzyki, bo to była, i chyba nadal jest,  moja jedyna i najprawdziwsza pasja, no i oczywiście jestem w tym dobra. Patrzę w te Niallerowe niebieskie oczy i znowu czuję się jak śmieć. Chłopak przyszedł do mnie, chce mi  pomóc, a ja go nawet nie przeprosiłam za tą felerną noc kiedy nawrzeszczałam tak potwornie na niego. Już otwieram usta z zamiarem przeprosin, ale on ucisza mnie pochylając się nade mną niebezpiecznie. Nie, nie, nie, błagam żadnego całowania, na szczęście chłopak szepcze mi wprost do ucha:
- W ramach przeprosin pograj sobie, ulży Ci. - mruga do mnie porozumiewawczo i zostawia skonsternowaną. Zerkam ukradkiem w stronę drzwi, gdzie postawił, prawie niezauważalnym gestem swoją gitarę. Drżącymi palcami rozsuwam futerał i biorę instrument na kolana. Prawą ręką delikatnie szarpię struny, a lewa dłoń sama układa mi się w odpowiednie akordy. Nie wiem kiedy zaczynam wydobywać zagubione dźwięki z wnętrza siebie.

                                                                  * * *

Od tego wydarzenia mijają już dwa tygodnie. Moje życie znowu zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie uwierzycie może, ale siedzę właśnie w klasie i odliczam minuty do końca lekcji. Pięćdziesiąt dziewięć sekund, pięćdziesiąt osiem … siedem, sześć, pięć.
Co ja tutaj robię? Czemu nie starczyło mi na tyle silnej woli, aby odmówić, gdy mój nowy psychiatra przepisując mi leki zasugerował, abym wróciła do liceum? Czemu uległam presji i słowom, że ‘osobą w moim stanie potrzebny jest kontakt z normalnymi nastolatkami’? Pff… normalnymi? Bo niby ja i Hazza nie jesteśmy normalni tak? Jesteśmy najzwyczajniejszą parą na świecie, pomijając fakt, że śledzą nas miliony paparazzich, codzienne magazyny plotkarskie opisują mój outfit, a żeby wyjść do sklepu po chleb musimy skradać się ciemnymi uliczkami. Ale pomijając to wszystko jesteśmy zupełnie norma...
Trzask. Kulka papieru uderza mnie w centralny środek głowy. Klnę pod nosem i odwracam się z napięcie, lustruję po kolei każdego wzrokiem, aż zatrzymuję spojrzenie na Jamesie, który łobuzersko się do mnie uśmiecha i macha kolejną papierową kulką w moją stronę. ‘Naprawdę?’ unoszę z wyższością  i odwracam się napięcie.
No i oczywiście te wszystkie szalone, brytyjskie nastolatki, które są moimi nowymi kumplami, jak twierdzi Niall. Niestety tak ich nie mogę nazwać. Głupia banda rozwrzeszczanych, próżnych imprezowiczów, którzy traktują mnie - albo jak kolejną pannę do zaliczenia, albo jak bóstwo (chodzę przecież z Harrym Stylesem), albo jak potencjalną drogę do spełnienia marzeń, albo nie traktują mnie wcale, bo jestem zbyt wielką konkurencją i chcą mnie zniszczyć.
Dzwonek. Wreszcie moje wybawienie. Jedną ręką zgarniam do torby książki i długopis, drugą zaś podnoszę z ziemi pokrowiec z moją nową gitarą akustyczną i gnam na korytarz. Tak gitarą, dzięki Horanowi znowu gram i śpiewam i w sumie mój stan się o wiele polepszył. Nie tylko psychiczny, ale i fizyczny, bo jak twierdzą wszyscy dookoła 'odżyłam'.
Mam zamiar jak najszybciej się stąd wydostać, niestety co chwila ktoś mnie zaczepia, pytając jak spędzę weekend i czy przyjdę na tą czy inną imprezę. Wykręcam się z każdej pogawędki w miarę skutecznie, niestety tuż przy samych drzwiach dopada mnie Chelsea, najpopularniejsza dziewczyna w szkole i błaga o umożliwienie spotkania z One Direction. Kręcę głową wkurzona, bo rozmawiałam z nią o tym już kilkanaście razy. Właśnie taką cenę ponoszę chodząc do całkiem normalnego brytyjskiego liceum, udając zwyczajną nastolatkę. Jakby ktoś myślał, że to w ogóle ma prawo się udać ...
No ale zwyczajna to ja nie jestem, tym bardziej, że przed szkołą czeka na mnie czarny Land Rover wypakowany do granic możliwości moimi bagażami. Z trudem przeciskam się przez wrzeszczące pierwszoklasistki, leżące na samochodzie.
- Cześć piękna – Harry daje mi siarczysty buziak w policzek – Gotowa?
Jasne, że gotowa po dwóch tygodniach katorgi należy mi się chyba porządny wypoczynek, tym bardziej, że chłopcy za tydzień wylatują do USA i są to nasze ostatnie wspólne chwile przed dłuższą rozłąką. Dodatkowym, no muszę się pochwalić, ogromnym plusem jest fakt, że jedziemy na lodowiec do Włoch. Tak dobrze słyszycie, jadę sobie na narty z pięcioma wariatami i muszę dopowiedzieć, że naprawdę jadę z nimi sama, chyba żeby liczyć Paula i jeszcze jednego ochroniarza, którzy nam asystują w drodze na lotnisko.
Lot mija zadziwiająco szybko, głównie dlatego, że uważnie studiuję plotkarskie pismo i porady w stylu ‘Jak go rozkochać w 7 dni’ lub ‘Co zrobić kiedy nasze serce jest w rozterce?’. Od razu przyznam otwarcie, że nie są to artykuły, które zaspokajają moją inteligencję, ale z braku innego zajęcia jestem na nie skazana.
Widoki są naprawdę malownicze, kiedy jedziemy z lotniska w kierunku naszych domków. Tak, domków. Chłopcy uznali, że należy im się tydzień spokoju z dala od fanów, więc zamiast pojechać do pięciogwiazdkowego hotelu jedziemy do wynajętych 'cudownych i idealnie położonych apartamentów w najkorzystniejszej cenie'.
Na miejscu czeka nas nie miła niespodzianka - te ich całe ‘apartamenty’ nie są ani ładne, ani luksusowe, ani nowe – tak jak pisało w ogłoszeniu. Wszyscy w szóstkę stoimy totalnie osupiali.
- Jezu Chryste … - szepce Louis, a na mojej twarzy mimowolnie gości uśmiech. Zayn z wrażenia, aż puszcza dwie walizki, które trzymał, jeszcze przed chwilą, w rękach. A ja po prostu zasłaniam twarz dłonią. Znajdujemy się przed jakąś wiejską chatą.
Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że takie coś może znajdować się w takim europejskim kraju jak Włochy. Nie zdążam jednak wyrazić swojej opinii, bo rzuca się w naszą stronę ogromny wilczur - momentalnie piszczę z przerażenia i ku zaskoczeniu wszystkim zawisam centralnie na Harrym. Nie zwalaniam nawet uścisku, kiedy jakieś podstarzały mężczyzna odciąga psa od moich kostek.
- Jejku, przepraszam – mamroczę w stronę Stylesa, który dalej mnie trzyma tak jak podnoszą tych tchórzów w kreskówce Scooby Doo. Opuszcza mnie delikatnie na ziemię, a ja dla pewności, idę w pobliżu chłopaka, aby mieć pewność, że nikt mnie znowu nie zaatakuje lub ugryzie. Wzdrygam się na samą taką myśl i przypominam sobie jak w dzieciństwie pogryzł mnie amstaff.
- Witajcie, wasze pokoje są na górze – oznajmia nam łamaną włosko-angielszczyzną pulchna, w miarę młoda kobieta. Wręcza Liamowi wielki klucz.
- To tyle? – pytam lekko zgryźliwie i unoszę wysoko brwi, tak jak zawsze robię kiedy próbuję być niemiła, a tak naprawdę jestem zszokowana.
- Wszystko przygotowane tak jak ustaliliśmy. – spogląda na mnie złowieszczo (chyba mnie nie polubiła) - Chyba nic się nie stanie jak pomieszkasz sobie tydzień z braćmi, ciesz się, że zafundowali Ci takie wakacje.
Teraz przegięła. Louis i Harry tarzają się ze śmiechu prawie, a ja stoję osłupiała i zarazem wściekła. Musze naprostować tą sytuacje, jak najszybciej. Przecież my nie jesteśmy w żaden sposób spokrewnieni! Jeszcze mnie wsadzą za kazirodztwo.
- Ale to nie są moi bracia!!! - Ktoś zatyka mi usta, a ja próbując oderwać rękę od swojej twarzy, zdaję sobie sprawę, że popełniłam ogromną gafę. Niestety jest za późno.
- Matko Maryjna! - drze się kobieta. Nawiasem coś za dużo przywoływania Boga nadaremno ostatnie czasy - Pięciu mężczyzn i... sama... bezbożnica!
Wielkimi oczami patrzę na rozgrywającą się w tym momencie scenę. Gospodyni klęka na środku kuchni i wznosząc ręcę do nieba, okropnie lamentuje. Harry, który dalej zaciska mi rękę na twarzy drży ze śmiechy, tak samo jak pozostali. Jedynie Liam, próbuje naprawić sytuacje, ale jest już za późno kiedy do pomieszczenia wpada z powrotem wilczur, a tuż za nim właściciel - tym razem, za pewne, z żoną u boku.
I tak: matka próbuje uspokoić córkę, mężczyzna psa, Liam chłopców, a ja próbuję wyrwać się Harremu, który, nie zdając sobie z tego sprawy, poddusza mnie.
Z boku sytuacja może wygląda prze zabawnie, ale dla mnie, jako bezbożnicy, są to chwile całkiem paskudne. Z obłędu ratuje mnie nastolatka, może trochę młodsza ode mnie, która także pojawia się znikąd i skutecznie ucisza cały harmider, a nas grzecznie przeprasza i zaprowadza na górę.

                                                               * * *

Stoimy na czymś w rodzaju poddasza. Przed nami znajdują się trzy pary drzwi, powoli oglądamy miejsce. Okazuje się, że za jednymi z nich kryje się łazienka, a za pozostałymi dwa pokoiczki, którymi sypialnią nie mogę niestety nazwać. Mamy do dyspozycji łącznie cztery łóżka. Ku mojemu zdziwieniu Louis i Malik zaczynają toczyć zaciętą walkę o Stylesa, którą - na szczęście - wygrywam, ciągnąc loczka w stronę pierwszych drzwi.

3 komentarze:

  1. Genialny :) opowiadanie jest kompletnie inne niż te które czytam i właśnie dlatego mi się bardzo podoba. Znakomicie piszesz przez to łatwo się je czyta. Masz ogromny talent dziewczyno.
    Dawaj szybko następny.
    Jeśli znajdziesz czas wolny to zapraszam na swojego bloga

    http://gotta-be-you-one-direction.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham <3 Kocham < 3 Kocham < 3

    WMYB_love1D

    OdpowiedzUsuń