Pierwsze nuty, pierwsze dźwięki, słuchawki na uszach i cisza. Nie wierzę, że znowu znalazłam się w studiu nagraniowym, chyba śnię na jawie. Moje najskrytsze, największe i najmocniejsze marzenie znowu się spełnia, jestem wreszcie w domu. Cisza. I mój głos. Bez problemu trafiam w dźwięki, trochę podciągam końcówki wersów i płynnie przechodzę do następnych linijek. Refren – perkusja, gitara i znowu słyszę siebie. Cały ból zamienia się w krzyk, skowyt i mimo, że jestem bliska płaczu brzmię dobrze. Pokazują mi kciuki do góry - śpiewam dalej. Nie chcę kończyć, bo muzyka pozwala mi zapomnieć. Śpiewając jest mi lepiej - wszystko co ze mnie siedzi może wypłynąć na zewnątrz, nie jestem już sama ze swoimi myślami – wreszcie cały świat słyszy moje nawoływanie, błaganie o ocalenie i o pomoc, a każdy mój zmysł wytęża się. Uczucie samotności, które potrafiłam znieść przez tyle lat, dzisiaj nie pozwala mi normalnie oddychać. Paraliżuje mnie od środka, wysysa ze mnie duszę i miłość … Bo wiem, że ona cały czas tkwi we mnie bardzo głęboko i jest to uczucie, którego nie umiem wyplenić z mojego obolałego mocno serca.
Zagubiłam się racja, zmarnowałam szansę, której nikt inny by nie zmarnował, zwykłe Directioners chyba by mnie skatowały, gdyby dowiedziały się co się wydarzyło. Zdradzić najlepszego chłopaka pod słońcem?
Próbuję być silna, lecz łzy spływają mi po policzkach.
Ostatnie wersy, a moje nastawienie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni – czuję się… *Like I'm made of glass Like I'm made of paper…* - Eva, opanuj się! Dziesięć minut przerwyyy! – Krzyczy Robbie – kierownik naszego zespołu. Kiwam głowę i ocieram wierchem dłoni policzki. Jestem w studio nie po to, aby się rozklejać, jestem tutaj w określonym celu – celu charytatywnym. Nagrywając, całkowicie za darmo utwory, wspieramy fundację zbierającą pieniądze na nieuleczalnie chorych. Robimy to całkowicie bezinteresownie, a jedyny cel jaki nam przyświeca to czysta chęć pomocy. Mówiąc ‘my’ mam na myśli ‘gwiazdy’, które poproszono o pomoc. Nie wiem jakim cudem znalazłam się na tej liście, ale czuję się naprawdę zaszczycona wiedząc, że Madonna i Rihanna, także udostępniły swój utwór na rzecz tej fundacji. Oczywiście więcej jest takich ‘niszowych’ gwiazdeczek mojego pokroju, lecz tak czy owak, robię coś dobrego. Dobrego … chcę tak myśleć. Niestety wiem, że bardziej chcę pomóc sobie, a nie podopiecznym. Od wyjazdu chłopców minęło już półtora tygodnia i przez ten cały czas robiłam dosłownie wszystko, żeby nie myśleć. Rzuciłam się w wir pracy – w szkole najlepsze oceny, ale i unikanie ciekawskich spojrzeń, w domu parogodzinne zakuwanie i dziwna, nie wiadomo skąd pochodząca, motywacja i teraz jeszcze śpiewanie - znowu. Zaczęło się niewinnie od wyjazdu Louisa i obietnicy, że nikt się nie dowie, ale i tak potem cała następną noc spędziłam płacząc jak bóbr… A potem, gdy iPod rozładował się zupełnie i smutne piosenki nie mogły zagłuszyć mojego bólu, zdrętwiała wzięłam tą nieszczęsną Horanową gitarę i zaczęłam sama śpiewać. Przynosiło mi to ulgę, ale teraz już wiem, że nie mogę uciekać bez końca. Nie da się odsunąć uczuć, zamieść je pod dywan i udawać, że nic się nie dzieje. Nie można też dalej tłamsić w sobie gniewu, wściekłości i żalu.
Powiedzieć prawdę Stylesowi? Nigdy. Przemilczeć? Chyba jeszcze gorzej. To może zerwać relacje i po prostu odejść…? Nie mogę, nie mogę zostawić tego wszystkiego za sobą. Nawet jeżeli biegłabym szybciej niż porusza się dźwięk czy światło on by mnie dogonił. Jego uśmiech jest wszędzie, jego loki, jego zapach, który czuję od każdego mężczyzny. Otumania mnie. Owija się dookoła mnie ten cały jego czar, jego oddech mrozi mnie i nie pozwala wstać. Trzyma przy ziemi. I jego głos. Chrypka, którą słyszałam jeden jedyny raz przez telefon. Gdy zapytał czy wszystko dobrze i gdy skłamałam. Pierwszy raz w pełni świadomie mu skłamał. Oszukując najbliższą mi osobę, łatwiej było już powtarzać, że się trzymam, że jest dobrze, że nic się nie stało. Nie myślcie, że ten pierwszy raz nie zabolał mnie – skłamałam do człowieka, który wiedział o mnie prawie wszystko. Zerwałam to niepisaną nić porozumienia, zerwałam wszystko co nas łączyło – nie przez samą zdradę nawet, ale za ukrywanie jej, za udawanie, że wszystko jest dobrze, wtedy, kiedy tak naprawdę rozrywam się na kawałki, tonę w bólu.
Nie słyszę jak ktoś wymawia moje imię, dopiero szarpanie za ramie wyrywa mnie z moich myśli. - Eva! Dzwoniła ochrona, w Twoim mieszkaniu było włamanie, chcą, abyś tam jak najszybciej pojechała … - Puste słowa, które nie docierają do mnie. Mieszkanie … włamanie, apartament Larrego? Ten pocałunek Zayna w łazience i Harry… mój słodki Harold. Nie, jednak nie to nie to. Zaraz. Moje mieszkanie. - Cholera jasna! - Moje kojarzenie faktów… tak, trzeba przyznać, że jestem niezła, skoro przemyślenie głupiego zdania zajęło mi ponad pół minuty, refleks mam świetny, pff … nawet więcej niż świetny. Potem wszystko dzieje się w zaskakującym tempie, zbyt szybko. Mój umysł nie nadąża za ciałem, wlecze się tylko za moją postacią parę metrów dalej.
W jednej chwili jestem w samym topie, nieogarnięta kompletnie, w drugiej siedzę już w taksówce, zapięta pod szyję parką i poganiam energicznie kierowcę. Nie wiele myślę, mimo, że impuls był na tyle silny, iż zaczynam czuć swoje obolałe kończyny, piekące oczy i suche gardło. Wpadam na pięto i nie wiele patrząc, przypadkowo zrywam żółtą taśmę policyjną - klnę, na tyle głośno, że dwóch funkcjonariuszy odwraca się w moją stronę. - Pani Vermont? Była włamanie, portier niezwłocznie zadzwonił po nas, nie zanotowaliśmy, żadnej kradzieży, jedynie duży bałagan, ale z tym to już do ubezpieczyciela… Ma Pani jakiś wrogów? - Słucham? - Zirytowana podnoszę lekko głos i próbuję przecisnąć się pomiędzy mężczyznami. - Jesteśmy prawie pewni, że to nie było zwykłe włamanie … - Nie słucham ich, gdyż przekraczam drzwi, a moim oczom ukazuje się zakrwawiona posadzka. Próbuję wydusić jakieś słowa, ale bełkoczę tylko niezrozumiałe strzępki wyrazów. Co tu się stało? Kogo tu zabili? - Spokojnie, to krew zwierzęca, nikt nie zginął. – Jego gruba dłoń klepie mnie po ramieniu i jak oparzona odskakuję. Nie on powinien mnie teraz dotykać, nie on … - Zostawiam wizytówkę, proszę się z nami skontaktować, jak Pani się uspokoi, wtedy porozmawiamy. I wychodzą. Po prostu zatrzaskują drzwi i zostawiają mnie z tym całym bałaganem. Kuchnia - porozbijane szklanki i talerze na ziemi, Salon mimo sterty papierów na ziemi praktycznie nie naruszony. Przedpokój obryzgany krwią, na widok której zbiera mi się na wymioty i wreszcie rozbite lustra w łazience i na półpiętrze. Sypialnia … rozwalone łóżko i moje ubrania, wszystkie w czerwonej farbie. I ten przerażający napis na drzwiach ‘Do następnego razu’… Co to wszystko ma znaczyć? Czy tylko mi w tym momencie wszystkie fakty powoli zaczynając się łączyć w całość? To może oznaczać chyba tylko jedno, nie jestem już bezpieczna. Trzesk papieru pod nogą - moje zdjęcie z Haroldem rozerwane na pół. Mój głośny wrzask. Krzyczę w niebogłosy, wyję z bólu i szarpie się z moim swetrem.
Co znowu się stało? Czy nie mogą mnie zostawić w spokoju? Czy nikt nie może o mnie po prostu zapomnieć? Czemu mi to zrobiłeś?! Czemu…
Nie wiem kogo oskarżam, nie wiem czemu uderzam z całej siły raz po raz w ścianę i czemu wciskam ręce w porozbijane szkło na ziemi. Komu zawiniłam, komu…
Aby pogrążyć się jeszcze bardziej patrzę na telefon i przez łzy i odczytuję krótką wiadomość: ‘Tęsknie za Tobą, przyjedź do mnie.’
Trzaskam iPhonem o podłogę, tęskni za mną? Tak, jednak mnie oczy nie mylą, ale znowu Harry Styles okazuje mi dobroć, wtedy kiedy siedzę na samym dnie Rowu Mariańskiego i kiedy nawet najdłuższa drabina świata nie może pomóc mi wyjść na powierzchnię. Wszystko się pięknie pokomplikowało.
Przepraszam miśki, że tyle trwało dodanie następnego, nie jest najlepszy, ale musiałam jakoś pewne sprawy 'wyklarować'. Przysięgam poprawę! Będę pisać na bieżąco. I bardzo Was proszę o KOMENTARZE, nie wiecie ile mi sprawiacie nimi radości, proszę, niech każdy kto przeczyta ten rozdział wyrazi opinię pod spodem :) to wiele nie kosztuje, a staję się meeega szczęśliwa xxxx
Jedna z moich ulubionych piosenek ostatnio, Tay jest boska <3 posłuchajcie :) Cześć, dziewczyny jutro szkoła, ale mam super humor i dodaję ten ... trochę smutny rozdział. Mam nadzieje, że się wam spodoba i przepraszam, że dzisiaj taki krótki jest, ale myślę, że zawarłam w nim wszystko o co mi chodziło :) I BARDZO Was proszę o KOMENTARZE, dodajcie mi motywacji, proszę też o OBSERWOWANIE bloga i polecanie w miarę możliwości :)
Jeżeli woda potrafi zmyć łzy, a wymioty potrafią sprawić, że mój brzuch staje się płaski, to czemu gąbka, która ściera obumarły naskórek, nie miałaby zedrzeć mojego bólu?
Takie filozoficzne myśli zaprzątają mi głowę, kiedy woda strumieniami leje mi się na twarz. Niestety zimny prysznic zamiast zmywać moje cierpienia tylko pogorsza sprawę, a raczej fizyczny stan. Gdyż gips, o którym kompletnie zapomniałam przemaka razem z bandażami, a rana na nodze jest cała w mydlinach. Ja natomiast z mokrymi włosami, stoję pod natryskiem i stoję. Nie płaczę, nie myślę, nie oddycham. Co prawda ból nie jest silny, nie rozpiera wnętrzności, nie jest chociaż ostry czy gorący. On po prostu trwa w tle, wprawiając mnie, tym samym w dziwne osłupienie. Moja ciało wykonuje samoistnie ruchy - nie muszę mu pomagać, moja dusza może być setki lat świetlnych z dala od ciała, ale i tak nic nie zakłóca pracy moich rąk, które wycierają skórę ręcznikiem i nóg, które same prowadzą mnie do kuchni, gdzie dłonie pomagają wygrzebać największą butelkę wódki, jaka tylko jest w tym piekielnym domu.
Nie wiem co się dzieje, przytomnieje dopiero oparta o ścianę, z opróżnionym szkłem obok. Nie szumi mi w głowie, nie jest gorzej, lecz nie jest też lepiej. Mój wzrok wędruje na zegarek. Od wyjazdu chłopców minęło za ledwie półtorej godziny, a czuję, jakby wieki dzieliły mnie od nich.
Lecz wskazówki zegara nieubłaganie stoją w miejscu, choć tak bardzo chciałabym, żeby było już po wszystkim, żebym mogła przyznać, że to rozdział jest zamknięty, żeby ból przestał trwać i żeby umysł przestał o nich myśleć. Patrzę bezradnie na telefon i na milion esemesów, które zdążyłam już wysłać do Harrego. Jednak odpowiedzi brak. Jeszcze raz wybieram zieloną słuchawkę przy zdjęciu chłopaka i dzwonie, dzwonię, dzwonię i za każdym razem słyszę zachrypnięty głos chłopaka… proszący o pozostawienie wiadomości na sekretarce. Rzucam telefon w kąt i upijam kolejny łyk mocnego alkoholu. Gdy po paru minutach słyszę telefon śpiewający głosem Cher Lloyd, brzęczący i błagający o odpowiedz – nie reaguję. Ignoruję go na tyle skutecznie, że jego szum już do mnie nie dociera.
Chyba, że przestał już dzwonić?
Nie ważne, bo w mojej głowie kumulują się miliardy, jak nie tysiące ważniejszych pytań.
Co ja najlepszego narobiłam? Czemu znowu wszystko spieprzyłam? Czemu choć jeden raz nie mogłam zachowywać się mniej skomplikowanie? Czemu po prostu nie odpuściłam tych moich morderczych gierek?
Moje serce znowu przegrało wielką bitwę, znowu skutecznie uniemożliwiłam mu dojście do głosu i znowu kierowałam się jakąś wewnętrzną fałszywością. Muszę przyznać, że zawsze taka byłam; szalona, fałszywa, ale pełna miłości i zarazem krętactwa. Nigdy nie potrafiłam pokochać kogoś szczerze i długo, zawsze robiłam to w przelocie, chciałam mieć jednorazową zabawkę. I nie chodzi mi tutaj o fizyczne doznania. Chodzi raczej o swoiste niedowartościowanie –podrywając i łamiąc serca chłopców czułam się lepsza, zabawniejsza, bardziej kusząca – istna femme fatale. Nigdy mi na nikim w pełni nie zależało, bo, gdybym pozwoliła trwać temu uczuciu, równie szybko zostałabym pozbawiona najukochańszej osoby. Działo się tak zawsze, dlatego nauczona doświadczeniem kochałam krótko, ale zawsze mocno i namiętnie.
Niestety w przypadku Stylesa złamałam wszystkie swoje niepisane zasady. Po pierwsze pokochałam go na tyle prawdziwie, że teraz czułam pustkę – tak jakbym utraciła drogocenny skarb, tak jakbym straciła pół serca, jakby ktoś lewą komorę i przedsionek wyrwał z mojej klatki piersiowej …
Szczęk drzwi wejściowych na dole nie dobiega do mnie wcale, a nawet jakby dobiegł to i tak bym go zignorowała. Jednak powolne kroki po schodach i czyjś lekko sapiący odgłos nie mogę być wytworem umysłu. Jestem trochę nietrzeźwa, ale halucynacje to na pewno nie objaw przepicia, przynajmniej tak mi się wydaje.
Moje serce krzyczy: ‘To Harryyyyy! Wrócił’, mój umysł jedna każe stanowczo odrzucić te wszystkie głosy i każe popatrzeć trzeźwo na sprawę.
- Ella… - nie mogę uwierzyć. Nie wierzę, że nie usłyszałam tego zachrypniętego, niskiego Haroldowego głosu. – Cześć.
To Louis. Ten lekko piskliwy, drżący dźwięk wydobywa się z krtani Tomlinsona. Chłopak w zmierzwionej fryzurze przykuca obok mnie.
- Cześć – próbuję opanować skrzek i rozczarowanie – Co tutaj robisz? Nie rozumiem…
- Nie musisz. Domyśliłem się co się stało i widziałem osiemdziesiąt nieodebranych połączeń na telefonie Hazzy. Posklejałem fakty i o to jestem. – Obejmuje mnie ramieniem. Przyjemne ciepło spływa na moje serce – ukojenie. Jednak moja skromna osoba jeszcze kogoś obchodzi na tym Bożym świecie, jeszcze nie jestem zupełnie sama. Opieram głowę w jego ramionach i nie wieżę już dłużej wszystkich złych emocji – zaczynam szlochać. Automatycznie przypomina mi się dzień w którym Lou przyszedł pocieszać mnie, gdy dowiedziałam się o rozwodzie rodziców, wtedy też miałam nieźle złamane serce, ale teraz chyba jest trochę gorzej.
- Nie mogłem tak tego zastawić… No, trzeba przyznać jestem samolubem, ale podczas trasy koncertowej muszę mieć spokojny umysł. Cha, cha. Musiałem się dowiedzieć czy jeszcze żyjesz. – Moja twarz rozjaśnia się mimo łez, co prawda w jego wypowiedzi nie było nic zabawnego, lecz sam jego uśmiech powoduje wyszczerz, moich zębów.
- Jak im uciekłeś? – zawodzę cichutko.
- Po prostu. – Przeczesuje mi dłonią włosy i gładzi po plecach – Zrobiłem coś, co nawet królową Elżbietę, nie upoważniałoby do wpuszczenia na pokład samolotu. Kiedyś Ci może opowiem ze szczegółami, a teraz daj łyka …
W pierwszej chwili nie rozumiem, o co chodzi, ale potem łapię, że chłopak ma na myśli, butelkę alkoholu, którą cały czas ściskam w lewej dłoni. Podaję mu bez słowa i tak łyk za łykiem, mówimy coraz więcej. Znaczy on mówi, chcąc najwyraźniej uspokoić mnie, a ja słucham, już bardziej opanowana, mimo drgania ciała i łez.
- Nie wyciągniesz ode mnie nic o Eleanor. Nawet jakbym był zlany w trupa, nie powiem o co chodziło, czemu się pokłóciliśmy. Wybacz. Ona wyjeżdża na jakiś czas do swoich krewnych we Francji i tyle… Ech… no nie patrz tak na mnie, mała.
- Nie jestem mała. – poprawiam go automatycznie i lustruję uważnie wzrokiem. Jego niebieskie tęczówki straciły cały wigor i blask. A od samego patrzenia na jego zmizernianą twarz robi mi się smutno, tym bardziej, że jego koszulka jest całkiem przemoczona (od łez oczywiście).
Aż, w końcu uznaję, że muszę zadać to pytanie:
- Po co tak naprawdę tu jesteś?
Chłopak wzrusza ramionami, a ja znowu zarykuję się na śmierć. Nie mogę przestać, trzymam głowę na jego ramieniu, a czoło i nos przytykam do jego szyi. Chłopak co parę chwil mówi ‘Shhhh, będzie dobrze’.
Odsuwam się od chłopaka, wcześniej szepcąc mu trochę zaczepnie do ucha podziękowania i wtedy to się dzieje. Lou samowolnie pochyla się nade mną. Moje usta dotykają, jego zimnych i lekko spierzchniętych warg. Moim całym ciałem wstrząsa jego dotyk. Nie to niemożliwe, to się nie dzieje… a jednak. Nigdy w życiu nikt mnie tak nie pocałował. To jest zupełnie coś innego, niż to co do tej pory przeżyłam. Pocałunek jest taki dojrzały, namiętny, zapalczywy, ale za razem nieziemsko subtelny. Wiruję, wszystko miesza się w mojej głowie, nie jestem pewna czy to naprawdę się dzieje. Jednak powoli próbuję sobie wytłumaczyć, że go nie sprowokowałam w żaden sposób, że nie ma w tym żadnej mojej winy, ze to się zdarzyło i tyle. Niestety w momencie, kiedy odwzajemniłam pocałunek stałam się częścią gry, czy raczej zdrady?
- Przestań – mówię bez jakiegokolwiek zapału, gdyż moje ciało w napięciu oczekuje następnych wydarzeń, a mój mózg wcale nie zastanawia się teraz nad konsekwencjami. Bądź co bądź, alkohol działa i stawia skuteczną barierę dla moich głupich, szarych komórek. Jesteśmy coraz bliżej siebie, przysuwam się tak, że między nami nie ma nawet milimetra przestrzeni.
Telefon zarówno mój, jak i jego się nie urywa, ale chłopak nawet nie podnosi ręki do urządzenia.
Jest po prostu za późno. Za późno, by pomyśleć i za późno, aby zatrzymać tą karuzelę.
Jego dłoń jest już pod moją koszulą, na moich nagich plecach, moje ręce mierzwią mu raz po raz włosy. Usta chłopaka na mojej szyi, obojczyku, dłoni …
Wszystko dzieje się tak szybko, że nie rejestruje momentu, kiedy moje ubranie zostają zdarte, w brutalny sposób z ciała. Nie pamiętam kiedy przenosimy się na łóżko i nie pamiętam jak to się dzieje, że siedzę na nim okrakiem.
Pamiętam natomiast każde jego słowo, dotyk, oddech na moich barkach, każdy nasz ruch i gest.
Dla Edyty, przepraszam, że nie ma happy endu tutaj :D
Login … EEVermont, hasło ***. Twitter. Wreszcie odważyłam
się tu wejść. Strona w przeciągu ostatnich lat niewiele się zmieniła, dalej na
stronie głównej wita mnie ten wesoły, niebieski ptaszek. Z ikonki uśmiecha się
moja trzynastoletnia, umalowana twarz. Czym prędzej kasuje to koszmarne zdjęcie
i łączę swojego Instagrama ze stroną. Aktualne zdjęcia i krok bliżej sukcesu.
Jednak tło z Demi zostawiam, wzrusza mnie nasz dwójka naiwnych, sztucznie
szczęśliwych nastolatek.
Dziecięcego i głupiutkie bio zmieniam na rzecz czegoś bardziej
konkretnego – może bardziej ponurego i rzeczywistego, ale za to
prawdziwego.
A teraz czas na moją ulubioną zabawę - interakcje.
Zamieram. Nie wierze własnym oczom w to co widzę. Zamiast
słodkiego spamu z prośbą o obserwowanie
lub odpisanie, masa tweetów od nieznajomych dziewczyn. Co druga wiadomość
zawiera obrażające mnie przekleństwa, co trzecie zdanie zawiera słowo ‘ździra’
czy ‘dziwka’, a każda jedna jest mi nie przychylna.
‘Co ja im zrobiłam?’ – myślę. Przecież nigdy nie rozmawiałam
z nimi, a od czasu ujawnienia mojego związku z Harrym nie udzielałam, żadnego,
nawet najmniejszego wywiadu. Czemu one mnie nienawidzą? Pff, chyba nie o to chodzi,
że chodzę z Harrym? Przecież to niemożliwe, żeby Directionerki nienawidziły
dziewczyny swojego idola.
A jednak. Nienawidzą mnie, Harrego kochają, a mnie
nienawidzą. Świat się zmienił nie odpoznania, kręcę głową wkurzona, bo nie wiem
co myśleć. Kiedy byłam mała, nikt na tych portalach społecznościowych się nie
kłócił, służyły one jedynie komunikacji, wymieniania poglądów, podziwiania
idoli, a nie nienawiści. Nie rozumiem. Kompletnie. To tak jakby z prehistorii trafiła do epoki oświecenia.
Totalna dezorientacja. Trudno więc się mi dziwić, że w tym osłupieniu co sił w
nogach, a raczej prawej nodze i dwóch kulach, bo lewa kończyna jest w gipsie,
popędziłam do Harrego i zażądałam natychmiastowego wyjaśnienia sprawy.
Chłopak podszedł do sprawy honorowo i obiecał, że on
wszystkim się zajmie i żebym się niczym nie przejmowała. Musze przyznać, bez
bicia, że byłam mu wdzięczna za napisanie kilku niemiłych i może zbyt ostrych
słów do moich ‘hejterek’. Dodam, że sama
nigdy nie zdobyłabym się na kłótnie z takimi osobami, bo – po pierwsze – gdy
czytam takie akty agresji wobec mojej osoby, momentalnie wokół mojego żołądka
zaciska się metalowy pręt, który, ani na moment nie rozluźniał swojego ucisku,
tylko gniótł mnie coraz bardziej bardziej. Po drugie, aby wymyślić dostatecznie
ciętą, a zarazem błyskotliwą ripostę musiałabym posiedzieć przynajmniej kilka
godzin, jak nie dni (!!!) i mimo wszystko, dalej nie byłaby to idealna
odpowiedź.
Jestem więc naprawdę dłużna Stylesowi za uratowani mi tyłka.
Ogarnia mnie błogi spokój, a moje nerwy wreszcie się rozluźniają, gdy leżę, z
głową na podołku Harrego i delikatnie przeczesuję mu loczki na karku. Wreszcie
mam chwilę, aby na spokojnie zastanowić się nad pewnymi kwestiami, które dręczą
mnie od naszego powrotu z Włoch.
Pierwszą taką kwestią jest Zayn Malik, który przez ostatnie
dwa dni nieustannie zaprząta mi swoją osobą, głowę. A raczej dręczy mnie mój
pocałunek złożony na jego ustach i jego odważne wyznanie. Od tego wydarzenia
unikam go jak ognia. Za żadne skarby na niego bym nie spojrzała, ani tym
bardziej nie przemówiła. Wystarczy mi już dość bolesne doświadczenie, które
zdarzyło się podczas lotu powrotnego. Chodzi mi bowiem o to, że mój wzrok skrzyżował
się ze wzrokiem mulata i przez ten ułamek sekundy poczułam tysiące igieł
wbijających się w moje ciało. Oczy chłopaka nie wyrażały, ani smutku, ani
wściekłości - nie mogłam z nich absolutnie nic wyczytać, były puste, bez
jakiegokolwiek wyrazu, bez przejawu chłodu ani żalu. Nicość i może
rozgoryczenie. Przeraziło mnie to. Dosłownie. Próbowałam zastanawiać się czemu
go pocałowałam, czemu nie dałam mu w twarz, jak to już czyniłam w przeszłości?
Czemu nie odwróciłam się zdecydowanie i nie odeszłam? Czemu? Nienawidzę go za
to co powiedział i nienawidzę siebie za to co zrobiłam. Skrzywdziłam go,
zadałam ból, który na pewno nie byłby tak dotkliwy, gdybym nie wpakowała mu
języka do gardła. Ale jest już za późno, stało się. Zayn dostał w twarz, nie
dosłownie, ale w przenośni i obawiam się, że ten policzek zabolał go o wiele
mocniej. Myślę, że jego rana pogłębia się, kiedy mnie widzi, kiedy lustruje
mnie wzrokiem i kiedy widzi moje dłonie zatopione w Harrym. To musi boleć. Ale
ja chcę pozostać wierna. Pozostać wierna Harremu. Za dużo już narobiłam
bałaganu i w sumie nie wiem jeszcze jak długo uda mi się powstrzymać lawinę.
Prędzej czy później nie wytrzymam i powiem komuś o tych wszystkich zdarzeniach,
a nawet jakbym wytrzymała to Zayn nie będzie umiał siedzieć cicho i tak czy
owak wszyscy się dowiedzą. I nie tylko dowiedzą się o skrywanej Malikowej
miłości do mnie, ale dowiedzą się o też o moich nieświadomych flirtach z
Louisem czy Niallerem, które odbywały się podczas naszych codziennych Jam
Session’s.
W głowie jeszcze huczy mi jeden tweet, który przeczytałam i
który, jako jedyny, nie był nafaszerowany wulgaryzmami ‘Czy ty chociaż go
kochasz i szanujesz?’.
Czy kocham go
szczerze, czy na pewno jest tym jedynym? Czy to z nim mogłabym spędzić resztę
życia? Czy on… A jeżeli tak, to czemu zaprząta mi głowę Louis, Niall czy Zayn?
Czemu nic nie może być tak dziecinnie proste, jak było
kiedyś? Czemu się waham, czemu?
Harold jest bezapelacyjnie najcudowniejszym chłopakiem na
świecie; delikatny, łagodny, opiekuńczy, kochający… Ideał. Ale czy nie zawsze
marzyłam o niegrzecznym chłopcu na motorze? Marzyłam… ale to jest przeszłość,
teraz najbardziej potrzebuję stabilizacji i spokoju. Miłości, która złagodzi
moje wieloletnie cierpienia, młodzieńczej, naiwnej, prostej miłości…
Jestem szczęśliwa, nikt temu nie może zaprzeczyć. Wreszcie
czuję się bezpieczna, wreszcie mogę być w czyjś ramionach dłużej niż pięć
sekund bez poczucia zagubienia. *So fly it's like a blessing but I can't have a man look at me for 5 seconds
Without be feeling insecure*
Czuję się dobrze, mimo otaczającego mnie zła - jest dobrze.
Niektóre problemy minęły, niektóre dalej trwają, niektóre dopiero się
zaczynają. Ale to przy tym brunecie z loczkami odnalazłam szczęście… Chyba
odnalazłam. Waham się. Ciągle się waham. Ciągle czuję się zagubiona, mimo, że
wszystko powinno być dobrze, mimo, że wreszcie kogoś obchodzę. Waham się.
*Never really had luck, couldn't never figure out How to love*
Łzy, które zalewają moje oczy nie są łzami smutku, są
wyrazem bezsilności. Niemocy, gdyż tak bardzo bym chciała móc wykrzyczeć co we
mnie siedzi. Tak bardzo chciałabym powiedzieć Harremu, że rano znowu
wymiotowałam, że nie mogłam się powstrzymać i że pocałowałam Zayna kilka dni
temu, że nie wiem co o tym myśleć, że nie wiem co się dzieje.
- Co się dzieje? – Czy chłopak usłyszał moje nieme błagania?
Czy to Bóg zsyła mi pomoc, daje szansę? Styles uważnie lustruje mnie wzrokiem,
który tuż przed chwilą oderwał od ekranu telewizora na którym oglądał jakiś
mecz.
- Nic, nic… Zmęczona jestem. – Mamroczę.
Oczywiście, że nie wykorzystałam swojej szansy, oczywiście
musiałam spaprać jak zawsze. Przecież taka okazja już nie nadarzy, już nie będę
miała sposobności w taki łatwy sposób powiedzieć o wszystkim… ale się boję.
Boję, się, że zamiast słów pociechy dostanę w serce ostrzem. Boje się.
- Kochasz mnie? – Chce się upewnić. Siadam tak blisko
chłopaka, że nasze nosy prawie się stykają, czuję jego równomierny oddech.
- Tak, a ty? – Proste słowa, które nie mogą do mnie dotrzeć.
Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam? Przecież, jeszcze nigdy wcześniej nie
przedstawiłam Hazzie tak jasno sytuacji, jak on mi przedstawił parę tygodni
temu. Znowu się waham, ale wiem, że jest tylko jedna, jedyna prawidłowa
odpowiedz. Jedna, którą moje serce i umysł mi narzuca, jedna, która może zostać
wypowiedziana.
- Tak. Harry kocham Cię, kocham. – Potok słów płynie mi
prosto z gardła, na mojej twarzy pojawia się mimowolny uśmiech. Wszystko znika.
Tylko ja i on. Nie wiem, czemu powiedziałam tak, a nie inaczej, ale skoro taka
była moja pierwsza myśl, moja intuicja wie co robi i nie zawodzi. Moje ciało
rwie się do chłopaka, tylko lewa noga w gipsie skutecznie to utrudnia. Pochylam
się nad nim, a od przysuwa się do mnie. Znowu rozpływa się po mnie to przyjemne
ciepło, a wszystkie troski odchodzą. Liczy się tylko ta chwila, liczy się tylko
to, że on jest mój. Czuję jego bliskość, tego czego najbardziej mi brakowała, i
to co potrafi mi pomóc zapomnieć.
* * *
*dwa dni później*
Dzisiaj wieczorem chłopcy wyjeżdżają, a ja siedzę pomiędzy
jedną wielką czarną walizką, a kupą brudnych, najwyraźniej, zmiętych koszul.
Harry biega w amoku od łazienki do salonu z tonami skarpetek, majtek, spodni i
podkoszulków, co chwilę w opętaniu gmera w różnych szufladach, wynajdując różne
ładowarki, kosmetyki czy sznurowadła. Eleanor stoi, w oczywistym stroju – czyli
w samej koszulce swojego chłopaka i dość nieporęcznie składa i doprasowuje
pasiaste bluzki. Zayn, który z niewiadomych przyczyn zjawił się w domu Larrego
nie jest w lepszym stanie. Przepakowuje ubrania do większej torby, przy czym
uważa, aby w żaden sposób nie stanąć na mojej drodze, czy nie złapać mojego
morderczego spojrzenia. Nie wiem co chce mu przez to przekazać, ale wolę
zachowywać dystans niż czułymi słówkami i przeprosinami spowodować kolejny
przypływ namiętności.
Tylko Louis zachowuje się najbardziej normalnie, gdyż siedzi
naprzeciwko mnie – przy kolejnym stosiku trampek Conversów i objaśnia mi gdzie
po kolei będą występować, mieszkać i dla jakich magazynów mają zaplanowane
sesje zdjęciowe czy wywiady. Ja, jak zaczarowana, przysłuchuję się jego
opowieści. Taka trasa koncertowa, to naprawdę duże przedsięwzięcie, ale to
atmosfera jest nie do opisania. Ile ja bym mogła dać, za jeden głupi występik,
chociaż za jedną piosenkę wykonaną przed tłumem fanów. Niestety nie będzie mi
to już nigdy dane…
- Polecisz kochanie, po jakąś kawę – zawodzi Harry z
drugiego pokoju. A ja – wierna służąca – biegnę, jak zaczarowana, do
najbliższego Starbucksa.
W drodze powrotnej zastanawiam się jak wytrzymam najbliższe
tygodnie, bez tych wariatów. Będą to chyba najnudniejsze dni mojego życia. Za
Harrym stęsknię się chyba niewyobrażalnie, tym bardziej, że moje ostatnie
wyznanie chyba jeszcze bardziej nas ‘zespoliło’.
Wpadam do mieszkania, które jest w jeszcze większym
bałaganie i od progu słyszę wrzaski z pokoju Louisa, Harry w kuckach czai się
tuz pod drzwiami i nadstawia słuch, a Zayn stoi parę metrów dalej –
najwyraźniej waha się czy podsłuchiwać dalej czy odejść. Skonsternowana patrzę
na strwożonego Hazzę odkładam kawy jak najdalej, aby jej zapach mnie nie
zdradził i staję tuż obok Malika, bo również, nie wiem czy to, aby na pewno,
najlepszy pomysł.
- … po co to zaczęłaś? – Mówi, już lekko przyciszonym głosem
Louis.
- Nie wiem, ale zrozum, tak nie może być. Nie może! – El
wpadła najwyraźniej w szał, bo jej głos mocno drży i wcale nie próbuje ukrywać
się z awanturą.
- Ni chciałem tego mówić, ale to tylko i wyłącznie Twoja
wina, taka jest prawda…
- Jak śmiesz, przecież to ty mi nie chciałeś powiedzieć, to
ty skłamałeś! Tak się ze mną, żegnasz, naprawdę? – Szmer zakładanego ubrania i
stęknięcie torby podnoszonej z ziemi. Odruchowo ciągnę Zayna za mankiet i
znikamy w łazience. Marszczę się mocno, kiedy słyszę krzyki na bezbronnego
Harrego w kącie, trzask drzwi i znowu głos Louisa, który każe Haroldowi się
odczepić, wrzeszcząc przy tym w niebogłosy. Zagryzam wargi i dopiero wtedy
uświadamiam sobie, że stoję na wprost skonsternowanego Malika. Do tego
znajdujemy się w łazience, drzwi są zamknięte, a miejsca mało.
- Przepraszam… wychodzę…
- próbuję się przepchać, obok jego ramienia, które skutecznie blokuje mi
drogę. Jeżeli w ciągu pół sekundy nie opuszczę tego pomieszczenia, wiem, że
rozpęta się wojna.
- Ella, chciałem się pożegnać. – Co on powiedział? Czy się
przesłyszałam przez przypadek? – Pozwól mi się przytulić.
Tego za wiele, czy znowu Zayn ze mną gra czy znowu próbuje
swoich sztuczek, lecz z drugiej strony jedno pożegnalne objęcie nie powinno
niczego zmienić. Rozkładam lekko ramiona, a mulat przesuwa dłoń po moich plecach.
Jego usta na moim policzku.
- Do zobacze… - Nie zdążam dokończyć słowa, bo drzwi
otwierają się z hukiem i widzę w nich postać Harrego z miną, delikatnie mówiąc,
mocno zdezorientowaną. Odskakuję od Zayna i w jednym momencie stoję już obok
Stylesa. Wiem, że sytuacja z boku wygląda dwuznacznie, więc robię co mogę, aby
zatuszować nieporozumienie.
- Żegnaliśmy się właśnie z Zaynem, wiesz, jakie potem będzie
zamieszania. Cha cha, wiem jak to wyglądało, Boże, ale musieliśmy się schować
przed rozwścieczonym Louisem i Elką. O co poszło, wiesz? Nie powiedział Ci?
Biedaku, tak na Ciebie nawrzeszczał … - zalewam go nieprzerwanym monologiem, co
chwila zerkając ukradkiem na Malika, który co chwila patrzy to na moje palce
splecione z dłonią Harrego, to na moją rękę, która przeczesuje chłopakowi loczki,
to znowu na ramię otaczające mnie i moją
talię…
Co ja najlepszego
wyprawiam? Czego ja do cholery chcę? Do czego ja zmierzam? Tego chyba nie wie
nikt… To jest bezsensu, coraz bardziej się chyba pogrążam, coraz bardziej
motam.
- Idę sobie nalać wody. – Czym prędzej znikam z pierwszej
linii frontu, jednak uciekam prosto z pod deszczu pod rynnę. W kuchni
najzwyczajniej w świecie siedzi sobie Louis – przy szklance wody właśnie. Na
cholerę on tam siedzi, czemu nie poszedł gdzie indziej i czemu te głupie łzy
kapią mi po policzkach? Matko … to jest czyste wariactwo. Przecież ze mną nie
jest w porządku, kto normalny odstawiałby takie sceny jak ja dzisiaj? Kto by pomyślał,
że stanę się kłamczuchą i do tego mazgajem?
Głupia krowo, przestań płakać, no przestań, przestań już.
Nic się nie stało, Harry nie jest zły, Zayn dalej zraniony, ale mniejsza z tym.
Louis nie widzi moich łez, nie widzi ich. Nie.
- Hm, możemy pogadać,
El? – Podrywam się na dźwięk dość szorstkiego głosu Harolda – odwracam się
napięcie, posyłając znaczące spojrzenie Louisowi - aby w razie popełnienia
morderstwa wiedział, że coś się święciło wcześniej. Podążam drobnymi kroczkami
za moim chłopakiem , który zamyka drzwi i wskazuje mi fotel – czuję się jak na
jakimś diabelnym przesłuchaniu.
- Wiesz… nie wiem jak to powiedzieć. – Podnoszę wzrok na
chłopaka, który nerwowo bawi się swoimi palcami. Niech załatwi to szybko i
bezboleśnie, niech mi wypomni jaka jestem głupia. Proszę. – Ja nie jestem
idiotą. Nie rób ze mnie debila.
- Co? – Wyrywa mi się bezsensownie. Przecież ja go kocham,
on mnie kocha jest pięknie. Po co zaczynać, jakiś niewygodny temat tuż przed
wyjazdem co on chce mi powiedzieć? Boże, nie zniosę tego dłużej, nie wytrzymam
tej ciszy, naszych oddechów. Zrobiło się naprawdę nie przyjemnie, atmosfera
zawisła nade mną. Czy Harry odkrył moją tajemnice? Niech wydusi z siebie to,
szybciej, szybciej.
- Myślę, że powinniśmy od siebie odpocząć. Wyjeżdżam,
uporządkujmy swoje sprawy, a jak znów się spotkamy to pogadamy co dalej. –
Wybucham lekko ironicznym śmiechem. Naprawdę nie wierze. Wszystkiego się spodziewałam,
ale nie takiego końca.
Przecież tak brzmi rozstanie…
- Zrywasz ze mną? – Matko, czy ja to powiedziałam na głos?
Może on wcale nie miał tego na myśli, może to było tylko takie gadanie. Może on
wcale nie wie co to jest rozstanie?
- Nie wiem, ale nie mogę znosić kłamstwa. Co się dzieje między tobą i Zaynem? Nie udawaj! – Krzyczy, a ja zaczynam płakać – jak małe bezbronne dziecko. Może przestanie, może mnie przytuli, może będzie dobrze. *I need to feel your heart beat when you say you love me*
- Harry, proszę, nie krzycz, nic się nie dzieje… *I don't wanna hear it if it's something that you don't mean*
- Przestań, kłamiesz i łżesz cały czas. Nie jestem głupi, nie jestem. Miałem nadzieje, że mi powiesz, sama, że sobie wyjaśnimy to wszystko, ale nie, ty po prostu … Boże. Kochałem Cię… kocham. Czemu mi to zrobiłaś, czemu kombinujesz co jest ze mną nie tak?! Co?! – Takiej histerii jeszcze nigdy nie widziałam, drżę z przerażenia, kiedy chłopaka kopie szafkę, tak, że spadają z niej wszystkie płyty. Gdyby ktoś pół godziny temu mnie zapytał jakie będzie pożegnanie nigdy nie przypuszczałabym, że tak się dzisiejszy dzień skończy. Nigdy nie zastanawiałam się, że Harry tak może się wkurzyć.
- Błagam… ja nic nie zrobiłam…
- Ale myślałaś o innym, a to jest czasem gorsze. Co jest ze mną nie tak … – Łapie mnie za ramiona. Tak bardzo pragnę się przytulić do niego, tak bardzo chcę go trzymać w ramionach. – Cholernie zależy mi na Tobie, to dlatego … Przepraszam. * If I had to leave you now, there would be an empty space It doesn't matter anyhow, you can't take your things, and go your own way*
Co się właśnie stało?
Louis, on by mnie zrozumiał. Ale moje oczy nie umieją wyrazić bólu i błagania, są tak samo puste jak oczy Zayna i jak oczy Harrego. * And There's two more lonely people, in the world tonight, baby you and I And there's two more lonely people, who give up the fight, yeah I'm on a ride Well, you know my heart is achin' and you don't have to break it, if love don't change your mind Yea, there's two more lonely people, tonight...*
No i co kochane? :) Co sądzicie, zmieniałam milion razy, żeby wyszło jak najlepiej i jestem zadowolona :) Jest godzina 2 w nocy, siedzę nad tym już baaardzo długo i od wielu dni. Mam nadzieje, ze się podoba :D piszcie w komentarzach, bierzcie udział w ankietach, polecajcie mojego bloga jakby Wam się spodobał i zapraszam do posłuchania zamieszczonej piosenki Miley jest świetna :D xx
Nie wiem czy jestem odpowiadniom osobą, żeby to powiedzieć, ani nie wiem czy moje opowiadanie nawet w jednej setnej może być zadedykowane tym osobą. Jednak odważę się to zrobić.
Dla bohaterów z 11 września, którzy wykazali się odwagą i stali się symbolem. Tylko ich można nazwać bohaterami i żadna fikcja literacka nie jest godna, aby opisywać to tragiczne wydarzenie na jego kartach. Przepraszam Was za to.
- Wygląda mi to złamanie, bella. Poczeka Pani chwilkę na prześwietlenie dobrze? - przystojny Włoch mruga do mnie porozumiewawczo. -Si. - Nie rozumiem czemu traktuje mnie tak dobrze? Przecież to jest moja kara. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała dostać nauczkę za to co się ze mną dzieje. A wyszłam na koszmarną, wredną kłamczuchę, do tego intrygantkę i dziewczynę, która nie szanuje uczyć nikogo dookoła. Taka smutna prawda. Oczywiście nikt nie powiedział mi tego wprost, bo jakby to wyglądało? Wystarczy, że pomyśleli. I wystarczy, że stałam się zerem w ich oczach. Kompletną idiotką. No, dobra, stałam się zerem tylko w oczach Zayna, który mnie rozgryzł, ale wystarczy tylko jedno jego słowo, a stanę się pośmiewiskiem w oczach wszystkich pozostałych. Ale może zacznę od początku.
* * * Stoki w naszej okolicy były naprawdę malownicze, trasy narciarskie dobrze przygotowane, a pogoda wyśmienita. Po trochę ciężkiej i ciasnej nocy wyruszyliśmy w stronę wyciągów i gondoli. Szczerze mówiąc wcale nie wyglądaliśmy normalnie. Ja, w nowiutkiej czarne kurtce narciarskiej, w kasku, który zamiast mnie oszpecać, podkreślał moje rysy i tworzył ładną parę z grzywką wokół twarzy oraz z czarnymi Blizzardami. Otaczający mnie chłopcy byli też niczego sobie, z trudem powstrzymywałam się od zerkania w ich stronę – tak mi się podobali. Cały plan udawania normalnych ludzi zawisł na włosku i gdyby tylko ktoś ich rozpoznał od razu zleciałby się tu tłumy reporterów. Na szczęście, było już dawno po sezonie i liczba turystów ograniczała się do minimum. Hazza i Zayn od razu pojechali na czarną trasę - ze swoimi snowboardami, Niall siedział w restauracji na dole i zażerał się frytkami, a ja i Lilo (Liam+Louis) zostaliśmy sami. Ponieważ Liam, nigdy w życiu nie jeździł na nartach postanowiliśmy go trochę pouczyć. Nie szło nam to najlepiej, tym bardziej, że co rusz jedne pociągało drugiego na śnieg. Musiało to dość komicznie wyglądać, tym bardziej, że łapałam się na tym, że czasem, mimo, że mogłabym utrzymać równowagę przewracałam się w najdziwniejszych pozycjach na moich towarzyszy. Tak czy inaczej następny dzień, był równie owocny, bo z kolei Harry uczył mnie jeździć na desce. Oczywiście o wiele prostsze byłoby wziąć instruktora, z którym po paru godzinach jazdy umiałabym się przynajmniej utrzymać w pionie, jednak Styles uparł się, że pojeździmy sami i dwuznacznie zażartował, że jest lepszy niż wszyscy inni instruktorzy. Nie wiedziałam jak to rozumieć, ale muszę przyznać, że była to niezła zabawa integracyjna, z której niestety nie wynikało nic więcej oprócz licznych pocałunków, żartów i objęć. Natomiast po całodniowej jeździe, wieczorami, siedzieliśmy w naszych pokojach, najczęściej straszliwie zmęczeni, ale, mimo wszystko, chętni do wspólnej rozmowy czy żartów. Czas spedzalam milo przy kominku z gitara i z Niallem. Fajnie było sobie tak beztrosko siedzieć grać i cicho śpiewać pod nosem. Irlandczyk okazał się naprawdę cudownym kompanem i czułam się świetnie w jego towarzystwie, do czasu, kiedy złapałam się na rzucaniu mu tych zalotnych spojrzeń ‘spod rzęs’. Chłopcom, dzięki Bogu, podobał sie mój glos i pełni zaangażowania sprawdzali moje umiejętności, testując czy dobrze trafiam w dźwięki lub jak wysoko uda mi sie wyciągnąć w ‘It’s gotta be youuuuuuuuu’. Naprawdę dobrze sie czułam w ich towarzystwie i jeżeli robiłam coś złego działo sie to całkowicie nieświadomie i przypadkowo. Po prostu jest impulsywna i tyle. Niestety Zayn musiał mi to pewnego razu, bardzo skutecznie z resztą, uświadomić. Wybrałam sie do centrum, po jakąś porządna kawę, której mi tak cholernie brakowało przez ostatnie dni i w drodze powrotnej, która ciągnęła się przez zaspy i nieodśnieżony chodnik, natknęłam sie na Malika. Jak doszłam później do wniosku chłopak dokładnie to sobie, wcześniej, zaplanował i obmyślił, wiec wszystko, za pewne, przebiegało według jego misternego planu. Ja jednak nie miałam żadnej ochoty na pogaduszki tym bardziej, ze w dalszym ciągu czułam jego usta na swoich wargach, jego język w moim gardle, a potem moją dłoń uderzającą jego nieogolony policzek. - Co słychać? Jak Ci sie tu podoba? – próbował mnie zagadać, był to wstęp do sedna sprawy. Odpowiadałam zdawkowo, czekając w napięciu, kiedy wreszcie przejdzie do konkretów. Niedługo po tym tak się stało. - Wydarzenia 11 września na zawsze nas połączyły wiesz? - zaczyna spokojnie. Ja oczywiście, że mam tego świadomość, tym bardziej, że nawet gdybym nie chciała o tym pamiętać to, wspomniane wcześniej, senne koszmary skutecznie mi to uniemożliwiają - Od tego wydarzenia minęło juz tyle czasu … - próbuję w jakiś sposób skierować rozmowę na inne tory. - Ale ja wciąż nie mogę zapomnieć. O Tobie. O tej dziewczynce, która uratowała mi życie - pociągam nosem, a chłopak niewzruszenie kontynuuje -… i wobec której zachowałem sie tak skandalicznie potem. Ja… W tym momencie przerywam monolog mulata, stając centralnie przed nim. Staram sie rozważnie wypowiadać słowa, ale co rusz moja uwagę rozpraszają jego ciemne oczy czy włosy. Na usta staram sie nie patrzeć, gdybym to zrobiła to zaraz rzuciłabym mu sie na szyje. Jednak wiem doskonale, że tego nie zrobię, tym bardziej, że w tym momencie zaślepiły mnie, moje własne łzy. Malik dotknął mojego czułego punktu. Przywoływanie tamtych wydarzeń jest dla mnie wciąż bolesne, a rana, cały czas nie może się zabliźnić i otwiera się na nowo – po każdej wzmiance na ten temat. - Przestań Zayn, uzgodniliśmy chyba, ze nie wracamy do tego, prawda? Nigdy. - sapie z pewnym wysiłkiem. Tego dnia, jedenaście lat temu, z dziewczynki żyjącej w świecie zabawek stałam się kimś zupełnie innym. Dorosłam w ciągu kilku chwil i beztroska już nigdy, ani na moment, do mnie nie powróciła. Nie mogła powrócić, bo zmieniłam się nie do poznania. Całe życie i radość ze mnie uciekła, cały świat legł w gruzach, mimo, że rodzice wciąż byli u mojego boku. Stałam się dorosła. Jednak trauma pozostała i mam świadomość, że już na zawsze będzie obok mnie. Bo to wydarzenie zapoczątkowało wszystkie moje późniejsze problemy… Z pozoru jestem szczęśliwa, bo nie myślę o smutkach na co dzień, lecz, gdy ktoś mi o nich przypomina – jak Zayn w tej chwili – całkowicie tracę równowagę… - Ale ja nie mogę przestać o tym myśleć, rozumiesz?! - Chłopak dość gwałtownie potrząsa moimi ramionami, ale ja odwracam twarz - nie wytrzymuje tego spojrzenia, nie mogę zaczerpnąć powietrza, duszę się. To prawda, ze ja, Eva Ella Vermont, uratowałam życie Zaynowi Malikowi, kiedy miałam sześć lat. To dzięki mnie wyszliśmy, prawie bez szwanku z walących sie World Trade Centre i to dzięki mnie on stoi tutaj przede mną. Ale mnie nie obchodzi co wtedy zrobiłam, zareagowałam po prostu tak, jak wymagała sytuacja i tyle. Nigdy nie czułam się jak bohaterka, bo nigdy ją naprawdę nią nie byłam. A teraz wszystkie sprawy się skumulowały i nawarstwiły. - Nie mogę, zrozum. – Ten dalej gada o tym samym - Odkąd znowu pojawiłaś sie w moim życiu… Odkąd stoisz tak blisko, taka piękna, dobra, ale jednak zagubiona… i taka … nierealna. Ja nie mogę być obok Ciebie i powstrzymywać sie… - Ja nie rozumiem. – Świadomość mi momentalnie wróciła, a całe ciało skupiło się na obecnej chwili. Myśl wypowiedziana na głos, sprawia, że mój mózg zaczyna pracować intensywniej. Ja naprawdę nie wiem do czego ten chłopak zmierza, lecz niestety gdzieś z tyłu głowy kotłują się pewne domysły, które siłą tamuję. Opuszczam znowu wzrok, ale mulat łapie mnie za brodę i zmusza do spojrzenia w oczy. - Ja Cie kocham! Szaleje za Toba, proszę Cie… Moje ciało jest sparaliżowane, dlatego nie wiem jak długo stoimy tak mierząc sie wzrokiem. Jednak trwa to dostatecznie długo żeby mój kubek z gorącą kawa wystygł totalnie, a moje palce u stop, i tak juz w przemoczonych butach, skostniały. Wreszcie zbieram się na odwagę. Muszę przerwać ciszę, muszę z siebie wydusić, nie ważne jak będzie to bolesne, ale mówię tylko: - Przykro mi. – Zwykłe, chłodne i do tego puste słowa. Brązowe oczy Zayna, tak dokładnie lustrujące mnie przygasają, widzę w nich lekkie zażenowanie i cierpnie. Jest mi naprawdę smutno brać udział w tej scenie. Ale przecież kocham Harrego Edwarda Stylesa, nie mogę grać i odpowiedzieć tym samym Malikowi – nieważne co bym czuła. Potem dzieje się coś niespodziewanego, z resztą dalej nie rozumiem czemu to zrobiłam. Z całej siły przyciskam swoje usta do ust Zayna – jest to pocałunek pełen smutku i cierpienia. Odsuwam się od chłopaka, ale on z powrotem chce mnie przyciągnąć do siebie. Ja jednak mu nie pozwalam, bo to był nasz ostatni pocałunek, tego jestem zupełnie pewna. Co gorsza, nie wiem jak mi się udaje wrócić w jego towarzystwie do reszty. Nie wiem, jak po tym co mi powiedział, mogę tak spokojnie iść obok niego ze świadomością, że rozdarłam mu serce na pół i dodatkowo nie wiem, czy będę potrafiła zachować tylko dla siebie to co się stało. Przy samych drzwiach, brunet łapie mnie za nadgarstek i mówi: - Wiem, że to niemożliwe, ale ja będę na Ciebie czekał. Mimo wszystko będę. – Odwraca się, ale potem znowu zwraca się w moją stronę – I nie graj z nami. Dobrze widzę co wyprawiasz, nie rań ich, kręcąc z każdym po kolei. Harry Cię naprawdę kocha. - Kręcę głową, wypowiadając nieme błaganie, ale jest za późno, bo jego postać znika w drzwiach. Stawiam krok w jego stronę i wtedy cały świat wiruje dookoła, oblodzony kamienny stopień mnie zdradza i z łoskotem spadam kilka metrów w dół na odśnieżony podjazd.
Moje kochane czytelniczki, może ten rozdział nie wyszedł do końca tak pięknie jak chciałam, ale coś powstało, naprawdę dobrze mi się go pisało, chyba odzyskałam wenę :)
Proszę, piszcie w komentarzach co sądzicie :) Chciałabym też zapytać, czy któraś z Was nie mogłaby zareklomować jakoś mojego bloga, przeniosłam to opowiadanie z tumblra tutaj i jest ciężko ... I zapraszam na mojego tt: @itsofficialeva, odwdzięczę się jakoś <3 xx
Trochę to trwało zanim napisałam ten rozdział. Miałam chyba z 10 podejść i chyba usunęłam w wordzie łącznie z 20 kartek tekstu, który mnie nie zadowalał. Ten też mi się jakoś nie podoba, ale poprostu musiałam przebrnąć przez ten rozdział. Dalej pójdzie lepiej :) Nie zanudźcie się czytając to błagam :) http://www.youtube.com/watch?v=SeIJmciN8mo&feature=player_embedded ŻYCZĘ WAM WSZYSTKIM UDANEGO ROKU SZKOLNEGO <3 Ja dopiero zaczynam nauke za tydzień, bo siedzę jeszcze po operacji, ale trzymam kciuki za Was <3 A i piszcie w komentarzach co sądzicie o nowej stronie i wgl :) Kocham Was, xxx.
Nie wierzę, że upadłam tak nisko. Nie wierzę, że zaledwie dziesięć godzin temu byłam w Polsce na rozprawie rozwodowej moich rodziców i nie odezwałam się do nich ani słowem – nie okazałam żadnego współczucia, nie wparłam ich w żaden sposób, nawet nie obdarzyłam ich jednym, małym, głupim spojrzeniem. A teraz siedzę znowu w swoim apartamencie, zawinięta w kołdrę i dwa koce – tak, że nie wystaje z pod nich ani skraweczek mojego ciała. Co gorsza, nie mogę patrzeć na otaczające mnie nawet wnętrze, bo za każdym razem wzrok zatrzymuję się na oprawionych zdjęciach rodziców, które tak skutecznie przypominają mi wydarzenia z przed paru godzin. Oczywiście telefon dzwonił już kilkakrotnie, ale ja, jak zawsze z resztą, wyciszyłam go i schowałam głęboko - żeby mnie ani nie kusił, ani nie denerwował.
Na szczęście nie płaczę, potoku łez bym już totalnie nie zniosła. I tak naprawdę jedna, jedyna rzecz mnie przytłacza, tak mocno jak nigdy. Chodzi o to bowiem, że tata znalazł nową kobietę - to przez nią wszystko się zaczęło i to przez nią doszło do rozwodu. To ten człowiek, który zawsze chodzi w szytych na miarę, drogich garniturach spowodował, że moja rodzina przestała istnieć. Człowiek, któremu bezgranicznie ufałam. Jednak nie wiem czy gorsze nie jest to, że mama nie była mu długo dłużna... Markus – francuz z którym prowadziła interesy, spowodował, że z kolei dla niego straciła rozum i serce. I w sumie wszystko byłoby dobrze, nie miałabym do nich żalu. Ich miłość się wypaliła i tyle. Lecz czemu nie powiedzieli sobie tego wprost wcześniej i nie oszczędzili mi tyle przykrości? Czemu choć raz nie pomyśleli o swojej jedynej córce, czemu? Prawda jest taka, że pół roku poprzedzające mój wyjazd do Londynu, było kłamstwem. Rodzice zwalali całą winę na mnie, wmawiali mi, że to przeze mnie wybuchają codzienne awantury, że to wszystko moja wina. A nagle okazuje się, że to nie prawda. Że wykorzystali mnie jak ludzką tarczę. Czuję się koszmarnie, obwiniałam się, przez tak długi czas, nienawidziłam siebie, że jestem toksyczna i niszczę ich relacja, a tu taka niespodzianka...
Czuję się jeszcze gorzej kiedy Louis, Harry i Niall przychodzą do mnie z paroma paczkami chipsów, ciastkami czekoladowymi, moimi ulubionymi muffinkami i stosem najlepszych filmów sensacyjnych. Wiem, że przyszli tutaj, żeby mnie wesprzeć i porozmawiać, ale ja wypakowuje sobie buzię jedzeniem i nie mam ochoty nic gadać. Zapominam nawet, że przekraczam tym samym dzienną liczbę spożytych kalorii. Oczywiście jestem im naprawdę wdzięczna za troskę, za to, że chcą podzielić się ze mną, swoimi przeżyciami, bo, wiem, że też kiedyś znajdowali się w takiej sytuacji, ale jestem okrutna. Dodatkowo, kiedy Harry mnie obejmuj, dręczy mnie przeświadczenie, że znajduję się w złych ramionach, a co gorsza nie mogę się tego odczucia pozbyć, więc zostawiam chłopców samych przy telewizorze i idę do sypialni w dalszym ciągu siedzieć pod kołdrą.
- Mnie pomogła muzyka. – głos z zupełnie nie brytyjskim akcentem, wyrywa mnie z letargu -Naprawdę, po rozwodzie rodziców grałem na gitarze wszystkie smutne piosenki i ból minął. Daj spokój, czemu nie pośpiewasz? – Odkrywam delikatnie brzeg koca, żeby przypatrzeć się wyrazowi twarzy Nialla. Czy on sobie ze mnie żartuje czy serio chce mi pomóc? Z resztą to nie istotne, bo przecież nie śpiewałam od dobrych paru lat, tak jak sobie obiecałam po wyjeździe z LA. Zawsze ciągnęło mnie do muzyki, ale powstrzymywałam się – znaczy rodzice skutecznie zapełniali mi każdą wolną chwilę w ten sposób, że nie miałam nawet minuty, aby usiąść przy pianinie czy pograć na gitarze lub broń Boże, śpiewać.
- Przecież chcesz to zrobić – przekonuje Niall w dalszym ciągu – Każdy widzi, że się, z niewiadomych powodów, boisz, ale przecież chcesz tego. Chcesz zaśpiewać prawda? No jasne, że tak, bo kochasz to. Wystarczy spojrzeć na te wszystkie stare filmiki … Masz super głos. – Kurde, wpadłam. Totalnie. Ten irlandzki, farbowany blondyn w jakiś skomplikowany sposób mnie rozgryzł. Dotknął czułego punktu i teraz zupełnie nie wiem co powiedzieć. Jasne, że już od bardzo dawna ciągnęło mnie do muzyki, bo to była, i chyba nadal jest, moja jedyna i najprawdziwsza pasja, no i oczywiście jestem w tym dobra. Patrzę w te Niallerowe niebieskie oczy i znowu czuję się jak śmieć. Chłopak przyszedł do mnie, chce mi pomóc, a ja go nawet nie przeprosiłam za tą felerną noc kiedy nawrzeszczałam tak potwornie na niego. Już otwieram usta z zamiarem przeprosin, ale on ucisza mnie pochylając się nade mną niebezpiecznie. Nie, nie, nie, błagam żadnego całowania, na szczęście chłopak szepcze mi wprost do ucha:
- W ramach przeprosin pograj sobie, ulży Ci. - mruga do mnie porozumiewawczo i zostawia skonsternowaną. Zerkam ukradkiem w stronę drzwi, gdzie postawił, prawie niezauważalnym gestem swoją gitarę. Drżącymi palcami rozsuwam futerał i biorę instrument na kolana. Prawą ręką delikatnie szarpię struny, a lewa dłoń sama układa mi się w odpowiednie akordy. Nie wiem kiedy zaczynam wydobywać zagubione dźwięki z wnętrza siebie.
* * *
Od tego wydarzenia mijają już dwa tygodnie. Moje życie znowu zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie uwierzycie może, ale siedzę właśnie w klasie i odliczam minuty do końca lekcji. Pięćdziesiąt dziewięć sekund, pięćdziesiąt osiem … siedem, sześć, pięć.
Co ja tutaj robię? Czemu nie starczyło mi na tyle silnej woli, aby odmówić, gdy mój nowy psychiatra przepisując mi leki zasugerował, abym wróciła do liceum? Czemu uległam presji i słowom, że ‘osobą w moim stanie potrzebny jest kontakt z normalnymi nastolatkami’? Pff… normalnymi? Bo niby ja i Hazza nie jesteśmy normalni tak? Jesteśmy najzwyczajniejszą parą na świecie, pomijając fakt, że śledzą nas miliony paparazzich, codzienne magazyny plotkarskie opisują mój outfit, a żeby wyjść do sklepu po chleb musimy skradać się ciemnymi uliczkami. Ale pomijając to wszystko jesteśmy zupełnie norma...
Trzask. Kulka papieru uderza mnie w centralny środek głowy. Klnę pod nosem i odwracam się z napięcie, lustruję po kolei każdego wzrokiem, aż zatrzymuję spojrzenie na Jamesie, który łobuzersko się do mnie uśmiecha i macha kolejną papierową kulką w moją stronę. ‘Naprawdę?’ unoszę z wyższością i odwracam się napięcie.
No i oczywiście te wszystkie szalone, brytyjskie nastolatki, które są moimi nowymi kumplami, jak twierdzi Niall. Niestety tak ich nie mogę nazwać. Głupia banda rozwrzeszczanych, próżnych imprezowiczów, którzy traktują mnie - albo jak kolejną pannę do zaliczenia, albo jak bóstwo (chodzę przecież z Harrym Stylesem), albo jak potencjalną drogę do spełnienia marzeń, albo nie traktują mnie wcale, bo jestem zbyt wielką konkurencją i chcą mnie zniszczyć.
Dzwonek. Wreszcie moje wybawienie. Jedną ręką zgarniam do torby książki i długopis, drugą zaś podnoszę z ziemi pokrowiec z moją nową gitarą akustyczną i gnam na korytarz. Tak gitarą, dzięki Horanowi znowu gram i śpiewam i w sumie mój stan się o wiele polepszył. Nie tylko psychiczny, ale i fizyczny, bo jak twierdzą wszyscy dookoła 'odżyłam'.
Mam zamiar jak najszybciej się stąd wydostać, niestety co chwila ktoś mnie zaczepia, pytając jak spędzę weekend i czy przyjdę na tą czy inną imprezę. Wykręcam się z każdej pogawędki w miarę skutecznie, niestety tuż przy samych drzwiach dopada mnie Chelsea, najpopularniejsza dziewczyna w szkole i błaga o umożliwienie spotkania z One Direction. Kręcę głową wkurzona, bo rozmawiałam z nią o tym już kilkanaście razy. Właśnie taką cenę ponoszę chodząc do całkiem normalnego brytyjskiego liceum, udając zwyczajną nastolatkę. Jakby ktoś myślał, że to w ogóle ma prawo się udać ...
No ale zwyczajna to ja nie jestem, tym bardziej, że przed szkołą czeka na mnie czarny Land Rover wypakowany do granic możliwości moimi bagażami. Z trudem przeciskam się przez wrzeszczące pierwszoklasistki, leżące na samochodzie.
- Cześć piękna – Harry daje mi siarczysty buziak w policzek – Gotowa?
Jasne, że gotowa po dwóch tygodniach katorgi należy mi się chyba porządny wypoczynek, tym bardziej, że chłopcy za tydzień wylatują do USA i są to nasze ostatnie wspólne chwile przed dłuższą rozłąką. Dodatkowym, no muszę się pochwalić, ogromnym plusem jest fakt, że jedziemy na lodowiec do Włoch. Tak dobrze słyszycie, jadę sobie na narty z pięcioma wariatami i muszę dopowiedzieć, że naprawdę jadę z nimi sama, chyba żeby liczyć Paula i jeszcze jednego ochroniarza, którzy nam asystują w drodze na lotnisko.
Lot mija zadziwiająco szybko, głównie dlatego, że uważnie studiuję plotkarskie pismo i porady w stylu ‘Jak go rozkochać w 7 dni’ lub ‘Co zrobić kiedy nasze serce jest w rozterce?’. Od razu przyznam otwarcie, że nie są to artykuły, które zaspokajają moją inteligencję, ale z braku innego zajęcia jestem na nie skazana.
Widoki są naprawdę malownicze, kiedy jedziemy z lotniska w kierunku naszych domków. Tak, domków. Chłopcy uznali, że należy im się tydzień spokoju z dala od fanów, więc zamiast pojechać do pięciogwiazdkowego hotelu jedziemy do wynajętych 'cudownych i idealnie położonych apartamentów w najkorzystniejszej cenie'.
Na miejscu czeka nas nie miła niespodzianka - te ich całe ‘apartamenty’ nie są ani ładne, ani luksusowe, ani nowe – tak jak pisało w ogłoszeniu. Wszyscy w szóstkę stoimy totalnie osupiali.
- Jezu Chryste … - szepce Louis, a na mojej twarzy mimowolnie gości uśmiech. Zayn z wrażenia, aż puszcza dwie walizki, które trzymał, jeszcze przed chwilą, w rękach. A ja po prostu zasłaniam twarz dłonią. Znajdujemy się przed jakąś wiejską chatą.
Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że takie coś może znajdować się w takim europejskim kraju jak Włochy. Nie zdążam jednak wyrazić swojej opinii, bo rzuca się w naszą stronę ogromny wilczur - momentalnie piszczę z przerażenia i ku zaskoczeniu wszystkim zawisam centralnie na Harrym. Nie zwalaniam nawet uścisku, kiedy jakieś podstarzały mężczyzna odciąga psa od moich kostek.
- Jejku, przepraszam – mamroczę w stronę Stylesa, który dalej mnie trzyma tak jak podnoszą tych tchórzów w kreskówce Scooby Doo. Opuszcza mnie delikatnie na ziemię, a ja dla pewności, idę w pobliżu chłopaka, aby mieć pewność, że nikt mnie znowu nie zaatakuje lub ugryzie. Wzdrygam się na samą taką myśl i przypominam sobie jak w dzieciństwie pogryzł mnie amstaff.
- Witajcie, wasze pokoje są na górze – oznajmia nam łamaną włosko-angielszczyzną pulchna, w miarę młoda kobieta. Wręcza Liamowi wielki klucz.
- To tyle? – pytam lekko zgryźliwie i unoszę wysoko brwi, tak jak zawsze robię kiedy próbuję być niemiła, a tak naprawdę jestem zszokowana.
- Wszystko przygotowane tak jak ustaliliśmy. – spogląda na mnie złowieszczo (chyba mnie nie polubiła) - Chyba nic się nie stanie jak pomieszkasz sobie tydzień z braćmi, ciesz się, że zafundowali Ci takie wakacje.
Teraz przegięła. Louis i Harry tarzają się ze śmiechu prawie, a ja stoję osłupiała i zarazem wściekła. Musze naprostować tą sytuacje, jak najszybciej. Przecież my nie jesteśmy w żaden sposób spokrewnieni! Jeszcze mnie wsadzą za kazirodztwo.
- Ale to nie są moi bracia!!! - Ktoś zatyka mi usta, a ja próbując oderwać rękę od swojej twarzy, zdaję sobie sprawę, że popełniłam ogromną gafę. Niestety jest za późno.
- Matko Maryjna! - drze się kobieta. Nawiasem coś za dużo przywoływania Boga nadaremno ostatnie czasy - Pięciu mężczyzn i... sama... bezbożnica!
Wielkimi oczami patrzę na rozgrywającą się w tym momencie scenę. Gospodyni klęka na środku kuchni i wznosząc ręcę do nieba, okropnie lamentuje. Harry, który dalej zaciska mi rękę na twarzy drży ze śmiechy, tak samo jak pozostali. Jedynie Liam, próbuje naprawić sytuacje, ale jest już za późno kiedy do pomieszczenia wpada z powrotem wilczur, a tuż za nim właściciel - tym razem, za pewne, z żoną u boku.
I tak: matka próbuje uspokoić córkę, mężczyzna psa, Liam chłopców, a ja próbuję wyrwać się Harremu, który, nie zdając sobie z tego sprawy, poddusza mnie.
Z boku sytuacja może wygląda prze zabawnie, ale dla mnie, jako bezbożnicy, są to chwile całkiem paskudne. Z obłędu ratuje mnie nastolatka, może trochę młodsza ode mnie, która także pojawia się znikąd i skutecznie ucisza cały harmider, a nas grzecznie przeprasza i zaprowadza na górę.
* * *
Stoimy na czymś w rodzaju poddasza. Przed nami znajdują się trzy pary drzwi, powoli oglądamy miejsce. Okazuje się, że za jednymi z nich kryje się łazienka, a za pozostałymi dwa pokoiczki, którymi sypialnią nie mogę niestety nazwać. Mamy do dyspozycji łącznie cztery łóżka. Ku mojemu zdziwieniu Louis i Malik zaczynają toczyć zaciętą walkę o Stylesa, którą - na szczęście - wygrywam, ciągnąc loczka w stronę pierwszych drzwi.